Byli­śmy z Michem w środę u neu­ro­loga. Drugi raz w jego 14 mie­sięcz­nym życiu. Pierw­szy raz byli­śmy pra­wie rok temu, u dr Ujmy-Czapskiej. No i wtedy z tej wizyty wyni­kło tyle, że Michu był trzy o trzy mie­siące za późno reha­bi­li­to­wany, bo dr zlek­ce­wa­żyła jego asy­me­trię. Teraz dr Kwa­pisz pole­ciła nam skon­tak­to­wa­nie się z dr Dołyk. Udało nam się nawet szybko zała­twić wizytę, cudem, doprawdy, bo zazwy­czaj na ter­min u neu­ro­loga dzie­cię­cego we Wro­cła­wiu to czeka się około dwóch mie­sięcy. A my cze­ka­li­śmy dwa tygo­dnie. Przed wizytą zro­bi­li­śmy zle­cone przez dr Dołyk (przez tele­fon) bada­nia krwi, no i w środę dotar­li­śmy na 8.30 do Pul­san­tisu. Co prawda Misiek był jesz­cze tro­chę chory (dwa dni wcze­śniej oka­zało się, że cho­ciaż prze­szło mu prze­zię­bie­nie i zeszła tem­pe­ra­tura, to zacho­ro­wało ucho), ale posta­no­wi­li­śmy, że poje­dziemy, bo potem nie wia­domo kiedy uda się znowu umówić.

Dr Dołyk oba­dała Miśka od stóp do głów, poob­ser­wo­wała, porzu­cała w pró­bach Vojty, postu­kała mło­tecz­kiem i wypy­tała nas doszczęt­nie o wszystko. Misiek zniósł wizytę nawet zno­śnie, mimo że był moment, że ryczał jak wół :) Ale to już taki urok — tak ma zako­do­wane w łepe­ty­nie, że jak się roz­biera przy obcej pani, to to pew­nie będzie ćwicze­nie Vojtą. I pro­fi­lak­tycz­nie zaczyna wyć. Mam nadzieję, że kie­dyś mu przej­dzie, bo żal mi się go wtedy strasz­nie robi. A nie chce posłu­chać, że nie ma powodu do płaczu.

Co do dia­gnozy, to dziś, z per­spek­tywy kilku dni, patrzymy już na nią spo­koj­niej. Ale w pierw­szym momen­cie nas osła­biła. Gene­ral­nie dr Dołyk podej­rzewa, że Miś ma jakieś uszko­dze­nie układu ner­wo­wego. Dokład­nie jakie to jest uszko­dze­nie, nie jest w sta­nie nam, na razie, powie­dzieć. Być może coś z móżdż­kiem, ale to nie­pewne. Póki co, nie chce nas wysy­łać na rezo­nans, bo mówi, że by trzeba było Miśka do tego uśpić, a nie warto ryzy­ko­wać. Nato­miast sam rezo­nans może by i coś poka­zał, ale pew­no­ści nie ma. Tak więc, na razie, my mamy obser­wo­wać wni­kli­wie roz­wój Micha, a ona porówna za trzy mie­siące jakie zaszły zmiany.

Jed­nakże naj­bar­dziej powa­liło nas coś innego. Dr Kwa­pisz wysy­ła­jąc nas do dr Dołyk powie­działa, że gene­ral­nie dr Dołyk ma spraw­dzić czemu Michu tak prze­pro­sto­wuje nogi i czemu jesz­cze nie wstaje (na dzień dzi­siej­szy wstaje już od dwóch tygo­dni). Nato­miast dr Dołyk stwier­dziła, że ona na razie nie sku­pi­łaby się tak bar­dzo na moto­ryce Miko­łaja, ale na jego per­cep­cji i roz­woju mowy, bo jej zda­niem tu ma poważne braki. Spy­tała, czy badał go psy­cho­log. Powie­dzia­łam, że tak, dwa mie­siące temu, że w dia­gno­zie było, że nie trzeba tera­pii, bo roz­wija się pra­wi­dłowo poza moto­ryką dużą (ale to aku­rat nie nowość, no bo w końcu z powodu tyłów w moto­ryce Miśka reha­bi­li­tu­jemy). Na to dr Dołyk powie­działa, żeby jesz­cze raz Miśka zdia­gno­zo­wać u innego psy­cho­loga, w ciągu pół roku od poprzed­niego bada­nia. I żeby się skon­tak­to­wać z jakimś peda­go­giem, logo­pedą lub psy­cho­lo­giem by dora­dził jakieś kon­kretne zabawy, które pomogą roz­wi­jać mowę, rozu­mie­nie i per­cep­cję. Zasu­ge­ro­wała gene­ral­nie, że poprzed­nia dia­gnoza psy­cho­lo­giczna była błędna.

Przy­znam szcze­rze, że mnie to tro­chę prze­ra­ziło i pod­ła­mało. Gene­ral­nie mie­li­śmy jakieś obawy, czy Miś pra­wi­dłowo się roz­wija, ale to natu­ralne przy reha­bi­li­to­wa­niu dziecka, że się rodzą różne lęki. Poszli­śmy więc do psy­cho­loga i dia­gnoza była pozy­tywna. To mnie uspo­ko­iło. Logo­peda też go prze­cież oglą­dała i mówiła, że nie ma potrzeby tera­pii, że tylko mamy się co jakiś czas kon­tro­lo­wać. I tu nagle coś takiego. Tro­chę już się na siłę zaczę­li­śmy doszu­ki­wać, że może rze­czy­wi­ście jest coś nie tak. Kilka rze­czy, owszem, wzbu­dzało nasz nie­po­kój wcze­śniej, ale tłu­ma­czy­li­śmy to sobie, że prze­cież Miś ma czas, że się nauczy… A tu nagle bach — obu­chem w łeb. Ale z per­spek­tywy tych kilku dni jestem jed­nak spo­koj­niej­sza. Zaczę­li­śmy bacz­niej przy­glą­dać się Miko­ła­jowi. Jesz­cze tydzień temu wyda­wało nam się (a może było tak naprawdę), że nie potrafi zapa­mię­tać nazw przed­mio­tów, swo­ich zaba­wek, nie potrafi wska­zać tego, o co się go pyta. Ale być może pyta­li­śmy nie o to, co trzeba; nie o to, co leży w kręgu zain­te­re­so­wań naszego dziecka. Bo Miś dosko­nale potrafi poka­zać pilota od tv :), tele­fon, but, tygry­ska, kaczkę, piłkę. W dodatku widać, że wiele rze­czy go inte­re­suje. Każdy przed­miot, który chwyta w ręce wyciąga w naszym kie­runku, by powie­dzieć mu jak się to nazywa. A że jesz­cze nie mówi? Poza mama i tata? Cóż, logo­peda powie­działa mi wcze­śniej, że za każ­dym razem, gdy dziecko nabiera nowej spraw­no­ści rucho­wej, to cofa się mowa. I że to natu­ralne, i przej­dzie. Dziecko jest wtedy tak zafa­scy­no­wane nową umie­jęt­no­ścią, że wszystko inne odcho­dzi na bok. Zresztą, naukowo dowie­dzione jest, że naj­czę­ściej chłopcy zaczy­nają mówić później.

Cóż więc zro­bić? Jutro przy­jeż­dża do Wro­cła­wia mama mojego szwa­gra. Jest psy­cho­lo­giem, zgo­dziła się spo­tkać z nami i przyj­rzeć się Miko­ła­jowi, coś dora­dzić. Poza tym posta­no­wi­li­śmy zdia­gno­zo­wać Miśka u psy­cho­loga wcze­śniej niż pół roku po poprzed­niej dia­gno­zie. Udało mi się umó­wić z psy­cho­lo­giem dzie­cię­cym już na ponie­dzia­łek. Niech go obej­rzy raz jesz­cze ktoś nie­za­leżny i powie, co myśli. I też coś dora­dzi. Spró­buję umó­wić się też w tym samym ośrodku z logo­pedą. Być może wydaje się to prze­wraż­li­wie­niem, albo histe­rią, albo Bóg wie czym jesz­cze, ale powiem Wam szcze­rze, że mi to zupeł­nie wisi. Mówimy o naszym dziecku, więc dmu­cham na zimne i wolę iść spraw­dzić dia­gnozę do dru­giego spe­cja­li­sty, bo, nie­stety, jak już z prak­tyki wiemy, leka­rzom ufać bez­gra­nicz­nie się nie da. Prze­ko­na­li­śmy się już o tym trzy razy w sumie, w prze­ciągu nie­ca­łego roku. Tak więc trzy­maj­cie kciuki. Jestem dobrej myśli. Jakoś nikomu wcze­śniej nie rzu­ciło się w oczy, że Miko­łaj ma jakieś tyły. Wszyst­kie pozo­stałe lekarki i reha­bi­li­tantki twier­dzą, że Miś jest bystry, kon­tak­towy… Więc tego, póki co, się trzy­majmy. Gdy będziemy po wizy­cie, to skrobnę co nieco, ale nie od razu. Bo w ponie­dzia­łek wyjeż­dżam z Miko­ła­jem do Głu­chowa i wrócę dopiero w czwar­tek. Ale po powro­cie napi­szę na pewno.

A co do Miśka, to jego umie­jęt­ność wsta­wa­nia roz­wija się. Co prawda cią­gle szpo­tawi prawą stopę (a cza­sem wyko­śla­wia — zależy jak mu się uda), a na lewej staje na pal­cach, ale za to dzi­siaj zaczął uczyć się scho­dzić do pozy­cji na kola­nach. To pro­gres :) Bo od kilku dni, jak wstał przez nikogo nie zauwa­żony, to potem wołał płacz­li­wie, bo nie umiał zejść. Naj­czę­ściej zda­rzało mu się to rano, tudzież po połu­dnio­wej drzemce, gdy wsta­wał w łóżeczku i nogi odma­wiały posłu­szeń­stwa, a nie potra­fił sobie sam pora­dzić. A dziś nagle zaczaił, że to trzeba się na kolana z powro­tem dostać. Na razie jesz­cze róż­nie mu to wycho­dzi, ale prak­tyka czyni mistrza :)

A tak z innej beczki, to mie­li­śmy dzi­siaj kolędę. Zna­czy wizytę dusz­pa­ster­ską. I powiem Wam, że do tej pory trwam w szoku. Oby­dwoje trwamy w sumie, Mariusz i ja. Przy­szedł ksiądz, pokro­pił nas wodą świę­coną, usiadł, spi­sał nas dokład­nie (bo kolędę mie­li­śmy tu pierw­szy raz, więc w papie­rach nas nie było) i… poszedł. Zro­bił to tak szybko i z zasko­cze­nia, że nawet nie zacza­iłam, że wycho­dzi i jak głu­pia goni­łam go z kopertą. Kurde, nawet nie pró­bo­wał jak­kol­wiek zagaić, zapy­tać jak zdro­wie, cokol­wiek… Mariusz od początku scep­tycz­nie nasta­wiony do wizyty księ­dza, namó­wiony przeze mnie, pełen dobrych chęci i otwarty, by w razie czego z księ­dzem poga­dać, a tu ksiądz, jak taki buc, wypeł­nił papierki i w długą! Po pro­stu byłam w szoku. Zanim dotarło do mnie, co się stało, ksiądz pew­nie koń­czył kolędę w następ­nym miesz­ka­niu. Maskara. Wie­cie, nawet jakby czło­wiek chciał sam zaga­dać, to nie było szansy! Kurde belek, po cho­inkę ja lecia­łam za nim z tą kopertą?! No, ale taki auto­mat się we mnie włą­czył — cały czas powta­rza­łam sobie, żeby nie zapo­mnieć o kasie dla księ­dza, że oczy­wi­ście nie zapo­mnia­łam. A szkoda. Byłoby jutro na dobry obiad w Aga­wie ;) Tak więc, jak widzi­cie, pecha mamy do księży z naszej para­fii. Przy­szło­roczne przy­ję­cie księ­dza pozo­staje pod zna­kiem zapytania.

Tyle na dziś. Duuużo tego. Ode­zwę się po powro­cie z Głuchowa.