Cóż, sty­czeń ma się ku koń­cowi. Czas ucieka, zima się zmywa (to zna­czy w chwili obec­nej ujaw­nia się ponow­nie w postaci pró­szą­cego śniegu za oknem), więc trzeba było wybrać się jej na prze­ciw. Dzięki uprzej­mo­ści Teściów mogli­śmy poje­chać sobie we dwójkę do Kar­pa­cza na week­end. Naresz­cie! :) Hotel udało się zamó­wić bez pro­blemu (choć oba­wia­łam się, że może być kło­pot, tak na ostat­nią chwilę, bo prze­cież ferie są). Nawet mogę Wam poka­zać jaki. O taki — Tarasy Wang. Bar­dzo miłe miej­sce. Warto odwie­dzić. Pokój był duży, poza czaj­ni­kiem nie bra­ko­wało niczego. Nawet barek był, z czego oczy­wi­ście sko­rzy­sta­li­śmy. Zresztą, brak czaj­nika odczu­walny mógł być tylko w nocy, bo od rana do wie­czora była otwarta hote­lowa restau­ra­cyjka z bar­dzo dobrym jedze­niem i her­batą w dowol­nej ilo­ści. A naj­lep­sze były śnia­da­nia. Nie z racji sma­ko­wi­to­ści (choć przy­znać należy, że były bar­dzo dobre), ale z powo­dów dwóch: po pierw­sze — nie musia­łam go przy­go­to­wy­wać :), a po dru­gie — z okien restau­ra­cji roz­cią­gał się prze­piękny widok na pano­ramę gór ze Śnie­żką włącz­nie. Cudo. Aż się nie chciało wycho­dzić. W ogóle to hote­lik umiej­sco­wiony bosko — zaraz obok świą­tyni Wang, nie­da­leko wej­ścia do parku naro­do­wego. Dzięki temu nie trzeba było się prze­bi­jać przez miej­ski syf Kar­pa­cza, by pójść na krótki spa­ce­rek do lasu. No, ale koń­czę te moje zachwyty nad hote­lem. Nie­stety, nikt mi za nie nie płaci ;)

Do Kar­pa­cza dotar­li­śmy w pią­tek około 15.30. Chwilę przed­tem roz­sza­lała się taka wichura, że dawno cze­goś podob­nego nie widzia­łam. Po kilku godzi­nach dołą­czył do niej śnieg, co dało nie­złą zamieć. Gene­ral­nie poza przy­nie­sie­niem bagaży z samo­chodu i 5 minu­to­wego spa­cerku pod świą­ty­nię Wang nie ruszy­li­śmy się już tego dnia z hotelu. Nic przy­jem­nego.
Cały też czas zasta­na­wia­li­śmy się jak nam się uda w nie­dzielę wyje­chać, jeśli nas total­nie zasy­pie. No ale nad ranem prze­stało padać, a do tego jeź­dził pług śnie­żny i pięk­nie wszystko pood­śnie­żał. Na szczęście.

W sobotę przed połu­dniem ruszy­li­śmy na spa­ce­rek do parku naro­do­wego. Trasa była w stronę Samotni, ale nie zamie­rza­li­śmy tam dotrzeć. I tak poszli­śmy dalej niż się spo­dzie­wa­li­śmy. Z wycieczki mamy kilka zdjęć w gale­rii. Po dro­dze odwie­dzi­li­śmy jesz­cze świą­ty­nię Wang. Byłam tam chyba ze dwa razy w cza­sach pod­sta­wów­ko­wych, ale zupeł­nie już nie pamię­ta­łam, jak tam jest.

Wie­czo­rem, po kola­cji posta­no­wi­li­śmy z Mariu­szem zre­ali­zo­wać nasz chy­try plan noc­nego ple­neru pod świą­ty­nią. Ona jest bar­dzo ładnie wie­czo­rem oświe­tlona, więc szkoda byłoby nie wyko­rzy­stać sytu­acji. Zabra­li­śmy cały sprzę­cior (to zna­czy zabrał go Mariusz, który robił za fizycz­nego, bo ja obję­łam zaszczytną funk­cję pstry­ka­cza ;)) i ruszy­li­śmy pod Wang. Zeszła nam na tym foto­gra­fo­wa­niu ponad godzina. Zmar­z­li­śmy total­nie, ale zdjęć kilka wyszło przy­zwo­itych. Naj­lep­sze zdję­cia udały się dzięki fil­trowi połów­ko­wemu sza­remu. Serio. Nie sądzi­łam, że można go wyko­rzy­stać przy zdję­ciach noc­nych, a jed­nak… Wieża kościółka była tak inten­syw­nie oświe­tlona w sto­sunku do reszty, że zdję­cia wycho­dziły nam na początku strasz­nie badziewne. Potem mał­żo­nek mój wpadł na pomysł, że może z fil­trem spró­bo­wać. No i tra­fił! Wyszło super — wszystko równo oświe­tlone. Pogratulować!

W nie­dzielę przed połu­dniem zwi­nę­li­śmy się do domu. Tam zastała nas nie­spo­dzianka — Miko­łaj w nie­dzielę po raz pierw­szy wstał. Tro­chę nie do końca nas to zachwyca. Stoi strasz­nie koślawo, widać, że nogi (a zwłasz­cza stopy) są do tego jesz­cze nie przy­go­to­wane. Wykrzy­wia je masa­krycz­nie, nie może się utrzy­mać na nich, stoi skrzy­wiony w pasie, mied­nica jesz­cze nie wyra­bia. No ale powstrzy­mać się go, nie­stety, nie da już. Co prawda, od wczo­raj zauwa­żamy pewną poprawę — staje już pew­niej (co jest natu­ralne, jak się coś ćwiczy), zazwy­czaj potrafi zgiąć nogę, by z niej się odbić do wsta­nia (tzw.raczkowanie w pio­nie) i cza­sem zda­rza mu się sta­nąć na całej stópce. Co i tak budzi moje obawy o stan jego stóp. Już widzę jak się tera­peutki w Pro­myku zała­mią. Cały czas mówiły, że faj­nie by było, gdyby się Miś tak nie spie­szył ze wsta­wa­niem, bo może sobie tym zaszko­dzić. No ale cóż. Stało się. Za to dok­tor Kwa­pisz będzie zado­wo­lona, bo ona z kolei pod­czas ostat­niej wizyty stwier­dziła, że to źle, że Miko­łaj jesz­cze nie staje. No i bądź tu czło­wieku mądry. Prze­cież dopiero co zaczął racz­ko­wać. Wia­domo, że robi to wszystko troszkę póź­niej w sto­sunku do innych dzieci, ale ma swoje tempo, robi wszystko po kolei i jakoś idzie. Poza tym cały czas nam dr Kwa­pisz mówiła, że mamy iść w jakość, a nie w ilość. A tu jesz­cze się Michu porząd­nie nie roz­wi­nął z racz­ko­wa­niem, a ona mu już każe wsta­wać. Ech… Tera­peutka od Vojty powie­działa nam ostat­nio, że norma wsta­wa­nia u dzieci jest do 18 mie­siąca, więc w tym wypadku nawet nie byłoby jakie­goś opóź­nie­nia. No ale tak szybko? Tego się nie spo­dzie­wa­li­śmy. No cóż, trzeba będzie uwa­żać na stan koń­czyn dol­nych i liczyć, że nie będzie gorzej niż było. Tak więc, sami widzi­cie, jakoś śred­nio mnie obec­nie cie­szy ten skok roz­wo­jowy. Widzi­cie jakie to dziwne? Dzie­ciak się roz­wija, a ja maru­dzę. Ale, nie­stety, jestem już prze­wraż­li­wiona na punk­cie róż­nych nie­na­tu­ral­nych krzy­wizn ciała Miśka i wyczu­lona na to, że nie warto się spie­szyć, bo to nie opłaca. No, ale miejmy nadzieję, że w razie czego uda nam się dopro­wa­dzić go do pionu. Chcia­łoby się wręcz powie­dzieć do pro­stego pionu, bo samo okre­śle­nie pion, w przy­padku naszego Misia, wcale nie jest takie jednoznaczne ;)

Sta­ramy się od kilku dni uczyć Micha jeść samo­dziel­nie (na ile to oczy­wi­ście moż­liwe). Cóż, nie jest to łatwe. Łyżeczkę do ręki bie­rze, i owszem, ale nic poza tym, póki co. Próby zachę­ce­nia go do wsa­dze­nia jej sobie do ust też speł­zają na niczym. Jed­nakże wczo­raj udało mu się najeść pra­wie samo­dziel­nie rącz­kami. Uwiecz­ni­łam to w gale­rii, bo widok był nie­za­po­mniany :) Mize­ria, kur­czak i ziem­niaki były wszę­dzie. Ale, o dziwo, do buzi też się sporo dostało. Cóż, będziemy ćwiczyć wytrwale, może się uda dzie­cię prze­ko­nać do sztuć­ców. Bo na razie to wycho­dzi na to, że “naj­lep­sze widelce to pazury i kielce” ;)

Zresztą, na samo­dziel­ność naszego Pacho­lę­cia narze­kać nie możemy, bo bar­dzo dużo już sam potrafi. Od kilku mie­sięcy nie trzeba go pil­no­wać z piciem, bie­rze sobie sam butelkę, trzyma, położy się z nią na pod­ło­dze. Pomaga przy ubie­ra­niu i roz­bie­ra­niu. Wie, kiedy podać rękę, kiedy wyjąć butelkę z buzi (jeśli aku­rat pije w tym cza­sie), żeby można było bluzkę przez głowę prze­cią­gnąć. Od wczo­raj też podaje stopy przy ubie­ra­niu raj­tek (choć w tym wypadku i tak czę­ściej ucieka przed raj­tami niż z wła­snej woli od razu współ­pra­cuje. Ale gdy się go w końcu uda zła­pać, to pomaga). Nie wspo­mi­na­jąc, oczy­wi­ście, o myciu uzę­bie­nia i jedze­niu rze­czy suchych, pokro­jo­nych w kawałki typu: chleb, wafle ryżowe, ciastka Miś­kopty, jabłka (no, to to może nie jest suche, ale w kawał­kach, więc nie trzeba zbyt­nio Micha pil­no­wać i wkła­dać mu tego łyżeczką), banany… Ogól­nie sporo już tego jest. Co nas nie­zmier­nie cieszy :)

W związku z roz­po­czę­ciem nowego roku i słab­nącą z dnia na dzień kon­dy­cją fizyczną (i nie tylko), zapi­sa­łam się na jogę. Od stycz­nia, bowiem, ruszyły zaję­cia jogi w stre­fie fit­ness naszego aqu­aparku. Wyku­pi­łam sobie kar­net na mie­siąc i w ponie­działki i środy śmigam na 20.00 ćwiczyć. Chyba się w jogę wcią­gnę. Zresztą, myślę, że już się wcią­gnę­łam. Zawsze mnie coś pchało w kie­runku tych ćwiczeń, nawet w ciągu ostat­niego roku były plany, żeby to zre­ali­zo­wać, ale cią­gle nie było kiedy. Ale skoro utwo­rzyli grupę przy WPW, to odczy­ta­łam to jako znak, że czas się zabrać za sie­bie. Dodat­kowo zdo­pin­go­wał mnie mał­żo­nek, więc nie było wyboru.
Co do samych zajęć to pro­wa­dzi je Marianna. Nazwi­ska nie znam, ale widać, że z jogą ma do czy­nie­nia od lat. Poza tym, z tego, co zdą­ży­łam się zorien­to­wać, pro­wa­dzi też grupę od kilku lat poza aqu­apar­kiem. Jest rewe­la­cyjna, jeśli cho­dzi o tłu­ma­cze­nie poszcze­gól­nych asan.
Już nawet zain­we­sto­wa­łam w ćwicze­nie w domu. Wczo­raj kurier przy­wiózł mi spe­cjalną matę do jogi i pasek. A w Mer­li­nie Mariusz zamó­wił dodat­kowo dwie książki i dvd.
Kur­czę, joga to fan­ta­styczna sprawa. Jadę na zaję­cia wie­czo­rem, po całym dniu, zmę­czona, ćwiczę 1,5 godziny i wra­cam do domu jak nowo naro­dzona. Odpo­czy­wam fizycz­nie (choć zakwasy są, a jakże) i rewe­la­cyj­nie wypo­czy­wam psy­chicz­nie. Jak macie moż­li­wość, to zapisz­cie się na jogę. Serio :)

No i skoń­czę już to pisa­nie, bo nie wiem, kto mi to prze­czyta w cało­ści. Sorry, ale tak się jakoś roz­pę­dzi­łam… Wytrwa­ło­ści w czy­ta­niu życzę :)