No, to sanki prze­szły dzi­siaj swój chrzest bojowy. Po połu­dniu wysko­czy­li­śmy z domu na pół godzinki, by wypró­bo­wać nowy zakup. Ogól­nie rzecz bio­rąc stwier­dzi­li­śmy, że sanki są tro­chę za lek­kie, przez to nie do końca sta­bilne. To zna­czy, sta­bil­ność zba­dał Mariusz, lecz nie był to raczej pra­wi­dłowy pomiar, bo nikt nor­malny w taki spo­sób sanek z małym dziec­kiem raczej nie cią­gnie (bez komen­ta­rza) ;) Gdy się cią­gnie sanki w przy­zwo­itym tem­pie i ze śred­nią pręd­ko­ścią, to nic się nie dzieje :) Więc zakup udany :) Na ten rok styk­nie, a za rok zoba­czymy, bo wszystko zależy od tego, ile nasze dzie­cię przez następne 12 mie­sięcy urośnie.

Co do samego Miśka, to trudno okre­ślić, czy z sanek zado­wo­lony. Minę miał tra­dy­cyjną spa­ce­rową — czyli: “gdzie wy mnie znowu wywłó­czy­li­ście? tu nie jest tak faj­nie i wesoło jak w domu!”, ale też się nie darł, że mu strasz­nie źle, więc chyba możemy zali­czyć san­kowy spa­cer do uda­nych. Był moment, że nam się na spa­cerku Miś nawet roz­ga­dał, więc chyba naprawdę było ok :)

Dziś rano pod­je­cha­li­śmy do aqu­aparku. Dawno już nie byli­śmy sobie popły­wać rodzin­nie. A Misiek był tak prze­szczę­śliwy, że trzeba to będzie czę­ściej powta­rzać. Gene­ral­nie, od kiedy zaczął racz­ko­wać, wszystko inte­re­suje go 100 bar­dziej niż dotych­czas. W związku z tym na pły­walni racz­ko­wał wszę­dzie gdzie się dało (i gdzie się nie dało też — np. wspi­nał się w górę zjeż­dżalni przy bro­dziku). Z pły­wa­niem szło róż­nie. Tro­chę się ostat­nio roz­le­ni­wił. Nogami macha tylko jak mu się przy­po­mni, ale i tak nie­źle. Nur­ko­wa­nie za to idzie wypa­śnie. Do rękaw­ków już się przy­zwy­czaił i nawet ich już tak mocno nie obgryza. Dużą atrak­cję sta­no­wiła fala mor­ska. Gdy ją włą­czyli usie­dli­śmy z Michem na brzegu i mały miał ogromną ucie­chę, gdy woda chlu­pała mu w buzię.

Muszę Wam się jesz­cze pochwa­lić moim gapio­stwem. Wczo­raj nad ranem wyru­szy­łam w drogę do Pozna­nia, na zaję­cia. Dotar­łam punkt ósma, cho­dzę po budynku i szu­kam mojej grupy… Szu­kam, szu­kam… I nic! Powoli zaczyna mi coś świtać w łepe­ty­nie… Spraw­dzam w kalen­da­rzu… O fuck! Zaję­cia mam 18 stycz­nia, a dziś jest 17! No i tym spo­so­bem zro­bi­łam sobie wycieczkę do Pozna­nia i z powro­tem. Koń by się uśmiał! Oczy­wi­ście na zaję­cia dzi­siaj już nie poje­cha­łam. Nawet wołami by mnie nie zacią­gnął! Dwa dni pod rząd wsta­wać po czwar­tej to nie dla mnie.

A! I naj­waż­niej­sze! Prze­cież zapo­mnia­łam dodać, że piszę do Was z mojego wła­snego kom­pu­tra! Wresz­cie przy­je­chał, resztę doku­pi­li­śmy we Wro­cła­wiu, wczo­raj Mariusz poskła­dał do kupy i jest!!! Brawo!!!! Hura!!! :))) Dzię­kuję za gratulacje ;)

W gale­rii są nowe zdję­cia (wresz­cie!). Pew­nie więk­szość z Was już je widziała, ale jeśli ktoś się zaga­pił, to zapra­szam. A tutaj wrzu­ci­łam kilka fotek z sanek. Jako dowód, że są i że byliśmy ;)