Napi­sa­łam już dziś jed­nego posta, alem go nie zapi­sała przed publi­ko­wa­niem. I to błąd był. Nawet wiel-błąd. Bo “gupi” pro­gram mimo nad­pi­sy­wa­nia auto­ma­tycz­nego jakoś nie umiał sobie z tą sytu­acją pora­dzić i posta zapo­mniał :( A żem dziś leniwa, to drugi raz tego samego pisać nie będę. O! :)

W skró­cie tylko napi­szę, że tam było o Syl­we­strze (że w domu spę­dzi­li­śmy go, i że się Misiek nie obu­dził, mimo że fajer­werki bar­dzo się sta­rały, i że szam­pan dobry był, bo tani i wypró­bo­wany już dwa dni wcze­śniej), o półce (co to wisi nad łóżkiem już pro­sto, a przed­tem wisiała krzywo i pra­wie spa­dła Mariu­szowi na głowę, ale na szczę­ście Vito Cor­le­one nas ostrzegł, bo spadł razem z całą swoją mafią ukryty w trój­paku dvd z tej półki), o Ikei (że kupi­li­śmy tam fajne wspor­niki do owej półki i biu­reczko pod kom­pu­ter), o moim kąciku (że wła­śnie to biu­reczko to pod MÓJ kom­pu­ter będzie, bo już mnie dener­wo­wało pisa­nie wszyst­kiego na dwie raty, w zależ­no­ści od tego, czy wolny był PC czy lap­top, i że w przy­szłym tygo­dniu, mam nadzieję, mój komp będzie już zło­żony i dzia­łał, i że mam dzięki temu swój oso­bi­sty kącik), no i jesz­cze, że śnie­giem nas zasy­pało kompletnie.

I z tym śnie­giem to jest wypas. Tro­chę to roz­winę, bo aku­rat na tej infor­ma­cji skoń­czy­łam wcię­tego posta. Pisa­łam, że jak się Miś wyśpi to pojadę z nim do Deca­th­lona po sanki. No i wyobraź­cie sobie jaki zonk! Na calut­kich Bie­la­nach nie było ani jed­nych sanek! Masa­kra. No więc zamó­wi­li­śmy na Alle­gro. I powiem wię­cej. Udało się nawet zna­leźć takie z pasami bez­pie­czeń­stwa, co już jest w ogóle wypa­sem! :) To teraz cze­kam na prze­syłkę. Jak będziemy mieli jakieś foty Miśka w nowej zimo­wej bryce to z pew­no­ścią umieszczę :)

Wczo­raj, wra­ca­jąc ze szkoły, wstą­pi­łam do Głu­chowa. Byli tam aku­rat Szcze­ci­niacy nasi ulu­bieni. Od kilku tygo­dni mają psa — śliczną Indianę. I wresz­cie wczo­raj ją widzia­łam na żywo :) Prze­piękna jest! A taka milutka, mię­ciutka… Chyba się zakochałam ;)

Dziś mie­li­śmy nie­zły polew z Miśka. Bawił się Mariu­sza butem (nie pytaj­cie!). W pew­nym momen­cie mówię do niego: “but”. Na to moje dziecko zaczęło się tak zaśmie­wać sły­sząc to słowo, że myśla­łam, że my też posi­kamy się ze śmie­chu (bo że się Misiek posi­kał, to pew­niak). Chi­cho­tał tak z pięć minut robiąc prze­rwę tylko na to, by znów usły­szeć słowo “but”. Kie­dyś już tak było. Ze sło­wem: “mini-mini”. Odjazd totalny :)

Dobra. Spa­dam. Tyle na dziś. Trzy­maj­cie się.