Idą Święta. Nie da się ukryć. Na mie­ście i we wszyst­kich cen­trach han­dlo­wych tłum. Lekka masa­kra. No ale na szczę­ście mamy już pra­wie wszystko zaku­pione, po resztę Mariusz poje­dzie w ponie­dzia­łek przed połu­dniem do Tesco. Tylko cho­inkę jutro trzeba zała­twić. Co roku obie­cu­jemy sobie, że tym razem kupimy wcze­śniej, bo potem to same dra­paki, no i w końcu i tak wycho­dzi na to, że mamy krzy­wusa z dwoma czub­kami bo dwa dni przed Wigi­lią ciężko dostać coś lep­szego. No ale co zrobić… :)

W związku z tym, że wszy­scy robią zakupy, my też dziś na tro­chę ruszy­li­śmy w teren. Udało nam się cudem tra­fić wresz­cie do Fac­tory Outlet. Kawał drogi to od nas, ale jestem usa­tys­fak­cjo­no­wana — za nie­wiele ponad 50 zł kupi­li­śmy w 5–10-15 trzy pary spodni i bluzę dla Miśka. Do tego też mniej wię­cej za tyle w Coc­co­drillo udało nam się zna­leźć bluzę i dwie pary body. Wypas :) Na zakupy Miś­kowe trzeba będzie wła­śnie tam jeź­dzić.
No i dla sie­bie kupi­łam też śliczne majtki z Inti­mis­simi, za nie­całe 10 zł sztuka.

Po połu­dniu — z racji dzi­siej­szego sta­rze­nia się Mariu­sza — poje­cha­li­śmy do Arkad na uro­dzi­nowy obiad. No i kicha. Poszli­śmy do Sphi­nxa i oka­zało się, że to błąd był. Żarcie okropne po pro­stu. Szarma — nie­wielka ilość mięsa, wielka ilość twar­dych jak kamień fry­tek i dwie zwięd­nięte surówki. Żenua. Trzeba było jed­nak poje­chać na lasa­gne do Agawy.

W Traf­fic Club udało mi się dostać “Mało­mów­nego i rodzinę” M.Musierowicz. Jak skoń­czymy czy­tać “Fer­dy­nanda Wspa­nia­łego”, to Mało­mówny pój­dzie w następ­nej kolejce do wie­czor­nego czy­ta­nia Miś­kowi przed spa­niem. Tak sobie ostat­nio przy­po­mnia­łam o Musie­ro­wi­czo­wej. Dosta­łam na Miko­łajki od Mariu­sza nową książkę — “Sprę­żynę”. Śliczna jest. Przy­naj­mniej mnie bar­dzo poru­szyła. Zwłasz­cza wątek doty­czący sta­ro­ści Igna­cego. Może kie­dyś napi­szę coś wię­cej odno­śnie moich prze­my­śleń zwią­za­nych z tą książką.
W każ­dym bądź razie posta­no­wi­łam, że teraz będę zbie­rać od początku wszyst­kie czę­ści Jeży­cjady. To takie dobre książki.

Misiek racz­kuje :) Od środy, 17 grud­nia. Naresz­cie się docze­ka­li­śmy :) To dobrze, bo jest szansa na to, że się tro­chę popro­stuje. To bar­dzo nie­do­brze, gdy dziecko omija etap racz­ko­wa­nia. Ma to wpływ na całą syl­wetkę, na roz­wój mię­śni ramion, klatki pier­sio­wej, na krę­go­słup. Mam nadzieję, że Miś tro­chę poracz­kuje, a nie od razu zabie­rze się do sta­wa­nia.
Poza tym coraz cię­żej ćwiczy nam się Vojtę. Masa­kra gene­ral­nie. Mały się wygina, ma tyle siły, że nie daję rady go utrzy­mać. Coś czuję, że jesz­cze tro­chę i zostaną nam tylko Bobathy.

Kupi­li­śmy kilka dni temu Miś­kowi w Lidlu taki namio­cik z piłecz­kami (250 piłe­czek, namio­cik w stylu namiotu foto­gra­ficz­nego bez­cie­nio­wego, ale nie biały, tylko kolo­rowy). Stoi to teraz w małym pokoju, zaj­muje połowę metrażu, ale Miś­kowi się chyba podoba :) Co prawda naj­bar­dziej lubi tam sie­dzieć ze mną (jak jest sam, to się szybko nudzi), ale widzę, że się do tych piłe­czek bar­dziej prze­ko­nał niż do tych w base­nie w naszym blo­ko­wym pokoju zabaw. Bo mamy w naszej klatce scho­do­wej taki wypa­śny pokój zabaw dla dzie­cia­ków — z labi­ryn­tem typu małpi gaj i z base­nem z piłecz­kami. Ogól­nie to jest za darmo, dla miesz­kań­ców, każdy ma do tego klucz. Gdy poszłam tam z Michem jakiś czas temu, żeby poba­wić się z nim w piłecz­kach, to nie był tym zbyt zachwy­cony. Leżał i nie wie­dział o co cho­dzi. Może jak się oswoi w domu w mniej­szej ilo­ści, to i tam mu się w końcu spodoba?

Tydzień temu w pią­tek byli­śmy u pani psy­cho­log po opi­nię. Wynik jest dobry, nie trzeba cho­dzić na żadną tera­pię. Psy­chicz­nie Miś roz­wija się pra­wi­dłowo, mamy się zgło­sić tylko wów­czas, jeśli będzie nas coś nie­po­ko­iło. A póki co, nie ma żadnych wska­zań, żeby się z panią psy­cho­log jesz­cze kie­dyś spo­ty­kać. To dobrze :)

W środę pie­kli­śmy pier­niki. Masa roboty przy tym, sama to raczej nie dała­bym rady. Ale na szczę­ście mam kocha­nego męża, który ugniótł cia­sto. A powiem Wam, że to nie lada wyczyn. Ci, co robili pier­niki, wie­dzą, o czym mówię. A ci, co nie robili nigdy, niech uwie­rzą, że wyro­bie­nie cia­sta pier­ni­ko­wego (przy­naj­mniej tego z głu­chow­skiego prze­pisu) jest sto razy cięż­sze od wyro­bie­nia cia­sta droż­dżo­wego (które też czeka na ręce Mariu­sza, bo w środę piec będziemy makowca ;)) W każ­dym razie pier­niki upie­czone, polu­kro­wane i scho­wane do pudła (bo mogłyby przy­pad­kiem nie docze­kać Świąt) :) Nic tylko Święta wyprawiać :)

Wigi­lię tego roku też spę­dzamy w domu u sie­bie. Bar­dzo jeste­śmy z tego zado­wo­leni. Podo­bało nam się takie świę­to­wa­nie w ubie­głym roku. W pierw­sze święto poje­dziemy z odwie­dzi­nami do Głu­chowa, a w następny week­end do Gnie­zna. Syl­we­stra spę­dzimy w domu. Mam tylko nadzieję, że Miś prze­śpi noc bez prze­szkód, że nie obu­dzą go żadne petardy.

Tyle na dziś. Nie wiem, czy jesz­cze zdążę coś dopi­sać przed Świę­tami. Jeśli nie, to zawczasu skła­dam Wam, Kochani, ser­deczne życze­nia bożo­na­ro­dze­niowe. Życzę Wam, aby były to pełne miło­ści, pokoju i rodzin­nej atmos­fery dni. Żeby się speł­niły wszyst­kie dobre życze­nia i aby na Waszych dro­gach nigdy nie zabra­kło dobrych ludzi. Tego Wam życzę. Niech się Wam spełni :)