No, to jeste­śmy po ślubo­chrz­ci­nach :) My już “po bożemu” zaślu­bo­wa­li­śmy, z Miśka rogaty też wypę­dzony… Nic, tylko dawać przy­kład poganom ;)

A na serio. Cała uro­czy­stość, moim zda­niem, wypa­dła super. Mimo że nie spa­łam tego dnia od 3 rano (o dziwo, stres mnie zja­dał, choć przed­tem wyda­wało mi się, że jestem ostoją spo­koju). Naj­bar­dziej dener­wo­wa­łam się Miś­kiem — jak on znie­sie taki tłum ludzi (nowe twa­rze, hałas itd), czy się prze­śpi w ciągu dnia, czy też będzie marudny i nie­wy­spany. Oka­zało się, że nie dość, że maleń­stwo nasze kochane zaser­wo­wało sobie drzemkę dwu­go­dzinną przed połu­dniem, to potem jesz­cze po połu­dniu, przed samą mszą zasnął w wózku rów­nież na dwie godzinki. Obu­dził się aku­rat tak, że można go było napoić mle­kiem, ubrać i ruszać do kościoła wypę­dzać rogatego ;)

Co do samych przy­go­to­wań, to też poszły bar­dzo spraw­nie. Kosme­tyczka i fry­zjerka spi­sały się dobrze. Kwia­ciarka też — bukie­cik był bar­dzo ładny. Dzień wcze­śniej ode­bra­łam sukienkę i kupi­li­śmy wódkę (kie­dyś trzeba było). No i tak jakoś zle­ciało. A, zapo­mnia­łam dodać, że około 14 dotarły do nas nasze sta­ran­nie wybrane foto­grafki. Dziew­czyny oka­zały się prze­sym­pa­tyczne, dobrze nam się z nimi współ­pra­co­wało (mam nadzieję, że im z nami też). No i poza tym, gdyby nie one, to, co tu ukry­wać, nie dotar­ła­bym do kościoła na czas i kom­plet­nie ubrana. Bo mąż mój biedny miał nie­złą zagwostkę z wią­za­niem gor­setu i przy­pi­na­niem poń­czoch do paska :) Nie nie, moi dro­dzy, to nie jest żadne nabi­ja­nie się. To naprawdę jest ciężka robota. Nawet babom było trudno się z tym poła­pać. Więc sza­cun dla Mariu­sza, że pora­dził sobie z pomocą dziew­czyn bar­dzo dobrze :) Ale śmie­chu było po pachy.

W kościele było mnó­stwo ludzi. Nie spo­dzie­wa­li­śmy się, że przyj­dzie ich aż tylu. Dzięki więc wszyst­kim, któ­rzy pamię­tali, przyszli/przyjechali, dobrze nam życzyli i w ogóle. No i tym, któ­rzy nie dotarli oso­bi­ście, ale przy­słali życze­nia pocztą. Było nam bar­dzo miło :)

Sama uro­czy­stość bar­dzo nas wzru­szyła. Tym też się zdzi­wi­li­śmy, bo wyda­wało nam się, że nie zrobi to na nas więk­szego wra­że­nia niż ślub cywilny rok temu. A jednak…

Muszę przy­znać, że dziecko nasze zacho­wy­wało się bar­dzo grzecz­nie w kościele. Nawet się nie roz­pła­kało, gdy ksiądz polał mu głowę wodą. I tylko w jed­nym momen­cie pró­bo­wało prze­ga­dać księ­dza. Ale ksiądz mocny był i się nie dał ;)

Co do pre­zen­tów, to dosta­li­śmy ich bar­dzo wiele, a już naj­bar­dziej “obło­wił się” Misiek. Dostał taką górę ciu­chów w roz­mia­rach 86–92, że mamy chyba spo­kój w kupo­wa­niu mu ubrać na naj­bliż­szy rok :) Super :) W ogóle wszyst­kie pre­zenty były bar­dzo udane, ale o jed­nym koniecz­nie wspo­mnieć tu muszę. Misio dostał prze­piękny por­tret ołów­kiem. Swój wła­sny oczy­wi­ście. Ja to się nawet wzru­szy­łam do łez, gdy go odpa­ko­wa­li­śmy. Ale ja to się szybko wzru­szam :) Tak czy siak, por­tret już opra­wiony i czeka tylko na zna­le­zie­nie odpo­wied­niego miej­sca na ścia­nie, by go powiesić.

Ofi­cjalne dzięki zło­żyć jesz­cze tutaj chcemy Ani i Rober­towi. Przez trzy dni demo­lo­wa­li­śmy im chatę i korzy­sta­li­śmy z uprzej­mo­ści i cier­pli­wo­ści :) Dzięki temu mie­li­śmy miej­sce do spa­nia, cze­ka­nia na ślub, opiekę nad Miko­ła­jem i w ogóle święty spo­kój, któ­rego raczej u babci w miesz­ka­niu nie udało by nam się zna­leźć. Dzięki Wam za to wieeelkie!

Co do przy­ję­cia, to doszły nas głosy, że wszy­scy byli zado­wo­leni. Nam też się podo­bało, cho­ciaż zwi­nę­li­śmy się z niego już o 22. Ale reszta bawiła się dalej :) Jedy­nym cięż­kim momen­tem przy­ję­cia był jego począ­tek — gdy nas witali chle­bem i solą — i kazali nam to potem zjeść. To było tak nie­do­bre, że z utę­sk­nie­niem patrzy­łam na szam­pana, żeby jak naj­szyb­ciej popić ten obrzy­dliwy słony smak ;) Ale dali­śmy radę :)

Nie wiem, co by tu jesz­cze dodać nale­żało. Ogól­nie dzień wspo­mi­namy bar­dzo miło. Cie­szę się, że pode­szli­śmy do niego, mimo wszystko na luzie. Nie pró­bo­wa­li­śmy dopiąć wszyst­kiego na ostatni guzik, przy­go­to­wa­nia nie były dla nas naj­waż­niej­sze. Posta­wi­li­śmy na spo­kój i na to, że będzie jak będzie — czyli będzie dobrze. I to było świetne. Omi­nęło nas dzięki temu wiele nie­po­trzeb­nych stre­sów, a wra­żeń i tak prze­cież było co nie miara :)

Zdjęć jesz­cze nie mamy. Jak będą, to dam Wam znać, ale pew­nie troszkę trzeba będzie na nie pocze­kać, bo nasze foto­grafki dość zajęte są. Zresztą, dopiero jutro jedziemy do Kra­kowa na ple­ner, bo w dniu ślubu nie robi­li­śmy, tylko umó­wi­li­śmy się na ter­min póź­niej­szy (czyli w rezul­ta­cie jutro). Tak więc, bądź­cie, pro­szę, cierpliwi. :)

Tyle na temat ślubo­wa­nia i wypę­dza­nia “roga­tego przy­ja­ciela Maślany” (cytu­jąc “Włat­ców Móch”) z Miko­łaja. Jesz­cze raz dzięki za wszystko wszyst­kim! No i do zoba­cze­nia za rok na ślubie w obrządku żydow­skim. Uro­czy­stość będzie bez­po­śred­nio poprze­dzona publicz­nym obrze­za­niem Oblu­bieńca ;) Odpo­wied­nie zapro­sze­nia wyślemy pocztą ;)