Ostat­nie dwa week­endy mie­li­śmy wyjaz­dowe. Tydzień temu byli­śmy w Kudo­wie. Upał był nie z tej ziemi, więc zaraz po lodach w mojej ulu­bio­nej Sissi, poszli­śmy na pod­bój parku zdro­jo­wego (w celu zna­le­zie­nia god­nego miej­sca do odpo­czynku). No i tak sobie cho­dzimy i cho­dzimy, aż dotar­li­śmy do stawu na końcu parku. Wokół spa­ce­rują ludzie, trawka nad sta­wem świeżo sko­szona, zacie­niona… Tylko jakoś nikt na tej tra­wie nie leży. No więc my, jak to my, prze­szli­śmy się obok owej trawy dwa razy i posta­no­wi­li­śmy prze­ła­mać bariery i na niej zlec. Roz­ło­ży­li­śmy kocyk, poło­ży­li­śmy na nim Miśka (prze­szczę­śli­wego, bo pierw­szy raz w życiu miał tak bli­ski kon­takt z trawą) i roz­po­czę­li­śmy leniu­cho­wa­nie :) Zabawa była przed­nia. Udało nam się nawet tro­chę pograć w bad­min­tona (następ­nego dnia tylko Mariu­sza ręka bolała od macha­nia). Ale naj­lep­sze było to, że jak ludzie koło nas prze­cho­dzili, to naj­pierw bacz­nie nas obser­wo­wali (no bo widać tam nie ma zwy­czaju wyle­gi­wa­nia się na tej przy­cię­tej tra­wie), po czym patrzymy za jakiś czas na trawę obok, a tu kolejni się przy­sia­dają :) Nie ma to jak łamać bariery :)

Z Kudowy poje­cha­li­śmy jesz­cze na zakupy do Nachodu (oczy­wi­ście lentilkowo-piwne), a potem do zamku na Szczyt­niku. Sam zamek nie jest dostępny dla zwie­dza­ją­cych (bo mie­ści się tam dom pomocy spo­łecz­nej), ale warto tam pod­je­chać z dwóch powo­dów — bar­dzo przy­jem­nej kaplicy zam­ko­wej (można ją obej­rzeć) oraz plat­formy widokowej.

No a wczo­raj umó­wi­li­śmy się z Moniką i Bart­kiem, i ruszy­li­śmy do Bol­kowa. W końcu udało nam się zwie­dzić ten zamek, bo już kilka razy koło niego prze­jeż­dża­li­śmy i jakoś nie było oka­zji wstą­pić. A jest bar­dzo ładny. I bar­dzo malow­ni­cze widoczki można z niego obejrzeć.

Namie­rzy­li­śmy też miej­sce naszego przy­szło­rocz­nego urlopu — Paprotki. Obec­nie trzy tygo­dnie spę­dzają tam Monika i Bar­tek, i są bar­dzo zado­wo­leni. Bo tam jest ślicz­nie. No i jest to świetna baza wypa­dowa na całe połu­dnie Dol­nego Śląska. Wypas :)

Byli­śmy na wizy­cie u dr Kwa­pisz w Pro­myku Słońca. Krzy­wi­zna Misia zmniej­sza się, ale jesz­cze trzeba ćwiczyć. Dok­tor zale­ciła nam dodat­kowo nową tera­pię — czaszkowo-krzyżową. Też będziemy cho­dzić na nią do Pro­myka, raz w tygo­dniu. Ćwicze­nia robi tylko tera­peuta, w domu nie trzeba. Nie­stety wizyty nie są refun­do­wane. Ale jak trzeba, to trzeba.

Poza tym, jeśli cho­dzi o Miśka, to zasy­pia­nie samo­dzielne weszło nam już w nawyk. On cza­sem jesz­cze pro­te­stuje (bez­sku­tecz­nie zresztą). Ale my się już chyba tro­chę uod­por­ni­li­śmy na te jego “jęki z Bia­ło­łęki”. Zresztą, jak się cza­sem do niego wcho­dzi, to widać, że te pła­cze, to wymu­sza­nie czy­je­goś towa­rzy­stwa. Bo jak się nachy­lamy nad łóżecz­kiem, to się zaczyna śmiać. A jak tylko odcho­dzimy, to wyje. Cały Misiek.
Ponadto coraz wyżej wspiera się na dło­niach. Może w końcu uda mu się unieść tyłek i racz­ko­wać…
Z gawo­rze­niem też coraz lepiej. Nasze dziecko popi­suje się ostat­nio nie­na­ganną dyk­cją w wyma­wia­niu “a-ba-ba-ba-ba”. Szkoda tylko, że robi to naj­czę­ściej w środku nocy. A my, durni rodzice, nie potra­fimy wtedy jakoś doce­nić tych starań ;)

W ubie­głym tygo­dniu byłam na trzy dni w Głu­cho­wie. Oczy­wi­ście razem z Miko­ła­jem. To były bar­dzo inten­sywne dni. Ale udało mi się pra­wie wszystko poza­ła­twiać — oczy­wi­ście do ślubu. Kupi­łam suk­nię. Ale jaką, to nie powiem — kto będzie, to zoba­czy. A kto nie będzie, to naj­wy­żej póź­niej na zdję­ciach obej­rzy :) Tro­chę trzeba ją poprze­ra­biać, ale pani w skle­pie powie­działa, że spo­koj­nie zdążą przed 23 sierp­nia. W czwar­tek jadę do pierw­szej przy­miarki. A dzi­siaj buty jesz­cze doku­pi­łam. Tak więc jakoś powo­lutku się wszystko posuwa do przodu. Mam już też umó­wioną kosme­tyczkę i fry­zjerkę oraz zamó­wiony bukiet. Jesz­cze tylko muszę się umó­wić tutaj u fry­zjera, żeby mi włosy pofar­bo­wał i podciął.

Tyle na dziś. W pią­tek jedziemy do Pragi na trzy dni. Już nie mogę się docze­kać. Kolejny wpis pew­nie będzie po powrocie. :)

A-ha! Utwo­rzy­li­śmy w gale­rii nowy album — Land­sza­fty ładne i ładniej­sze. To po to, żeby się pochwa­lić nowym obiek­ty­wem sze­ro­ko­kąt­nym. Żartuję :) Nie, to dla­tego, że ostat­nio coraz wię­cej ładnych widocz­ków przy­wo­zimy do domu i posta­no­wi­li­śmy stwo­rzyć dla nich nową kate­go­rię. Więc zaglą­daj­cie tam cza­sem, proszę :)