Praskie przygody

No, to byliśmy w Pradze :) Wyprawa była baaardzo ciekawa i nie brakowało nam urozmaiceń. Nie myślcie sobie, że było tylko zwiedzanie. Co to, to nie! Było na przykład szukanie samochodu, który zniknął z miejsca, na którym stał. Potem była wizyta na komisariacie i wiadomość, że samochodu nie ukradli, a odholowali :) Potem była wyprawa przez pół Pragi (tramwaj, metro, autobus) na parking straży miejskiej po autko. Na szczęście nic się nie stało naszej „Kia-nce”. Generalnie podróż pełna wrażeń, dobrze, że skończyło się tylko na odholowaniu, bo jak by nam ukradli wóz, to byłoby bardzo ciężko. W każdym razie przestroga: „Na modrej zonie” w Pradze się nie parkuje. SIC! :)

Swoją drogą to trzeba oddać szacun Czechom, bo wszędzie – i na policji, i na straży miejskiej dogadać się można po angielsku. U nas to się chyba raczej nie zdarza. Mariusz twierdzi, że nasza policja podobno coś robi w tym kierunku, żeby się po angielsku dogadać, ale ja jakoś nie jestem do tego tak optymistycznie nastawiona jak mój małżonek :)

Praga piękna jest. Ci, co byli, wiedzą. A ci, co nie byli, to muszą koniecznie pojechać. Bo naprawdę jest po co. Miasto jest piękne, zabytki w większości odnowione, tudzież odnawiane, wokół czysto… Cudnie. Nie było do czego się przyczepić. Zbyt wiele nie udało nam się obejrzeć (Miś nas trochę stopował), ale to, co widzieliśmy i tak wywarło niezapomniane wrażenie. Zdjęcia do obejrzenia są w kilku miejscach w naszej galerii. Po pierwsze są landszafty, które zrobiłam z wieży widokowej na Strachowie. Potem jest album z różami z Różanego Ogrodu (też Strachow), dalej jest czarno-biała Praga i Praga współczesna. Oczywiście fajnie by było, gdybyście wszystkie obejrzeli i się, rzecz jasna, pozachwycali ;)

Co do Pragi jeszcze, to Mariusz stwierdził, że już dawno nie widział u mnie takiego uśmiechu (dosłownie, to mój małżonek rzekł: banana) na twarzy przez tyle godzin. I przyznam mu rację. Praga mi się tak podobała, że chodziłam wyszczerzona jak u dentysty. Aż mnie wieczorem mięśnie twarzy bolały.

Mikołajowi to nie wiemy, czy się w Pradze podobało, czy nie. Nie wyrobił sobie jeszcze opinii na ten temat. Za to na pewno podobało mu się, że pierwszy raz w życiu spał z nami w łóżku. Jak się budził w nocy, to nas „pyrgał” ręką, żeby się z nim bawić i się śmiał ciągle. A rozpychał się strasznie. Nie wiedziałam, że taki maluch może zająć tyle miejsca w łóżku. W każdym razie nam się nie podobało wspólne spanie, bo nie przyzwyczajeni do tego jesteśmy. Ciężko nam idzie już samo spanie z Miśkiem w pokoju, a w łóżku razem z nim to już prawdziwa masakra. Nigdy więcej, mam nadzieję.

Dziecku naszemu wyszedł dziś ósmy ząb. To już prawie połowa mlecznej paszczy :) Myjemy je codziennie pastą. Doszło już do tego, że musiałam Miśkowi drugą szczoteczkę kupić, bo mi cały czas wyrywał z ręki. No i teraz myje mu zęby jedną szczoteczką, a Misiek swoją druga potem „poprawia” ;) Tak się z nią zżył, że nawet kładzie się z nią spać. Cóż. Jedni mają przytulanki, inni szczoteczkę…

Rehabilitowanie przynosi efekty. Miś robi się coraz silniejszy i wysoko już dźwiga cielsko do góry. Czekamy aż zacznie raczkować. Poza tym byliśmy wczoraj po raz pierwszy na terapii czaszkowo-krzyżowej. Wygląda to trochę szamańsko :) Terapeutka kładzie Miśkowi ręce w różnych miejscach głowy, szyi i pleców, uciska jakieś mięśnie i tak trzyma po kilka minut w jednym miejscu. Misiek o dziwo znosi to bardzo spokojnie i po terapii w ogóle był jakiś taki wyluzowany, spokojniejszy… Widocznie to działa. Ma pomóc w zlikwidowaniu przykurczów w szyi.

No i to by było tyle.

Kwiatek z Pragi na koniec:

Kudowa i Bolków

Ostatnie dwa weekendy mieliśmy wyjazdowe. Tydzień temu byliśmy w Kudowie. Upał był nie z tej ziemi, więc zaraz po lodach w mojej ulubionej Sissi, poszliśmy na podbój parku zdrojowego (w celu znalezienia godnego miejsca do odpoczynku). No i tak sobie chodzimy i chodzimy, aż dotarliśmy do stawu na końcu parku. Wokół spacerują ludzie, trawka nad stawem świeżo skoszona, zacieniona… Tylko jakoś nikt na tej trawie nie leży. No więc my, jak to my, przeszliśmy się obok owej trawy dwa razy i postanowiliśmy przełamać bariery i na niej zlec. Rozłożyliśmy kocyk, położyliśmy na nim Miśka (przeszczęśliwego, bo pierwszy raz w życiu miał tak bliski kontakt z trawą) i rozpoczęliśmy leniuchowanie :) Zabawa była przednia. Udało nam się nawet trochę pograć w badmintona (następnego dnia tylko Mariusza ręka bolała od machania). Ale najlepsze było to, że jak ludzie koło nas przechodzili, to najpierw bacznie nas obserwowali (no bo widać tam nie ma zwyczaju wylegiwania się na tej przyciętej trawie), po czym patrzymy za jakiś czas na trawę obok, a tu kolejni się przysiadają :) Nie ma to jak łamać bariery :)

Z Kudowy pojechaliśmy jeszcze na zakupy do Nachodu (oczywiście lentilkowo-piwne), a potem do zamku na Szczytniku. Sam zamek nie jest dostępny dla zwiedzających (bo mieści się tam dom pomocy społecznej), ale warto tam podjechać z dwóch powodów – bardzo przyjemnej kaplicy zamkowej (można ją obejrzeć) oraz platformy widokowej.

No a wczoraj umówiliśmy się z Moniką i Bartkiem, i ruszyliśmy do Bolkowa. W końcu udało nam się zwiedzić ten zamek, bo już kilka razy koło niego przejeżdżaliśmy i jakoś nie było okazji wstąpić. A jest bardzo ładny. I bardzo malownicze widoczki można z niego obejrzeć.

Namierzyliśmy też miejsce naszego przyszłorocznego urlopu – Paprotki. Obecnie trzy tygodnie spędzają tam Monika i Bartek, i są bardzo zadowoleni. Bo tam jest ślicznie. No i jest to świetna baza wypadowa na całe południe Dolnego Śląska. Wypas :)

Byliśmy na wizycie u dr Kwapisz w Promyku Słońca. Krzywizna Misia zmniejsza się, ale jeszcze trzeba ćwiczyć. Doktor zaleciła nam dodatkowo nową terapię – czaszkowo-krzyżową. Też będziemy chodzić na nią do Promyka, raz w tygodniu. Ćwiczenia robi tylko terapeuta, w domu nie trzeba. Niestety wizyty nie są refundowane. Ale jak trzeba, to trzeba.

Poza tym, jeśli chodzi o Miśka, to zasypianie samodzielne weszło nam już w nawyk. On czasem jeszcze protestuje (bezskutecznie zresztą). Ale my się już chyba trochę uodporniliśmy na te jego „jęki z Białołęki”. Zresztą, jak się czasem do niego wchodzi, to widać, że te płacze, to wymuszanie czyjegoś towarzystwa. Bo jak się nachylamy nad łóżeczkiem, to się zaczyna śmiać. A jak tylko odchodzimy, to wyje. Cały Misiek.
Ponadto coraz wyżej wspiera się na dłoniach. Może w końcu uda mu się unieść tyłek i raczkować…
Z gaworzeniem też coraz lepiej. Nasze dziecko popisuje się ostatnio nienaganną dykcją w wymawianiu „a-ba-ba-ba-ba”. Szkoda tylko, że robi to najczęściej w środku nocy. A my, durni rodzice, nie potrafimy wtedy jakoś docenić tych starań ;)

W ubiegłym tygodniu byłam na trzy dni w Głuchowie. Oczywiście razem z Mikołajem. To były bardzo intensywne dni. Ale udało mi się prawie wszystko pozałatwiać – oczywiście do ślubu. Kupiłam suknię. Ale jaką, to nie powiem – kto będzie, to zobaczy. A kto nie będzie, to najwyżej później na zdjęciach obejrzy :) Trochę trzeba ją poprzerabiać, ale pani w sklepie powiedziała, że spokojnie zdążą przed 23 sierpnia. W czwartek jadę do pierwszej przymiarki. A dzisiaj buty jeszcze dokupiłam. Tak więc jakoś powolutku się wszystko posuwa do przodu. Mam już też umówioną kosmetyczkę i fryzjerkę oraz zamówiony bukiet. Jeszcze tylko muszę się umówić tutaj u fryzjera, żeby mi włosy pofarbował i podciął.

Tyle na dziś. W piątek jedziemy do Pragi na trzy dni. Już nie mogę się doczekać. Kolejny wpis pewnie będzie po powrocie. :)

A-ha! Utworzyliśmy w galerii nowy album – Landszafty ładne i ładniejsze. To po to, żeby się pochwalić nowym obiektywem szerokokątnym. Żartuję :) Nie, to dlatego, że ostatnio coraz więcej ładnych widoczków przywozimy do domu i postanowiliśmy stworzyć dla nich nową kategorię. Więc zaglądajcie tam czasem, proszę :)