Połowa maja już za nami, a ja dopiero teraz mogę skrob­nąć kilka słów. Bo wcześniej nie było jak ani kiedy. Dużo rzeczy się ostat­nio działo, więc wybacz­cie, że takie zaległo­ści narosły. Ale po kolei i do rzeczy.

Długi week­end majowy. Szybko minął, bo był bar­dzo sym­patyczny. A jak powszech­nie wiadomo, wszystko, co dobre, szybko się koń­czy. Pojechaliśmy na 4 dni do Szczecina. Odpoczęliśmy sobie trochę naresz­cie. Udało nam się też wyskoczyć jed­nego dnia nad morze. Misiek miał swoje pierw­sze spo­tkanie z Bał­tykiem. Nie wiem, jakie wrażenie na morzu zrobił Misiek, ale na Miśku morze nie zrobiło więk­szego wrażenia. General­nie miał zlew, poza tym, że chyba mu się podobało, jak szumi. No i zimno mu było ;) Bo wiało okrop­nie, jak to nad wodą bywa.

Ciekawym doświad­czeniem było też to, że Mikołaj spał w pokoju razem z Tosią. Sama wyszła z taką propozycją. Nie byłam prze­konana, czy to dobry pomysł (bałam się, że będą się budzić nawzajem), ale okazało się, że intuicja Tosi nie zawiodła. Mała obudziła się tylko pierw­szej nocy, gdy Misiek zaczął wołać za jedzeniem. Zresztą, zaraz zasnęła. Drugiej nocy nie obudziła się wcale, mimo że Misiek wołał jak zawsze. A trzeciej nocy sam Misiu był chyba tak wymęczony wrażeniami znad morza, że spał do 6 rano bez prze­rwy. W związku z tym my też mogliśmy się troszkę wyspać, bo gdy śpimy z małym w pokoju to jest to mor­dęga straszna — ciągle budzą nas odgłosy, jakie wydaje przez sen, jak się wierci itd. Wtedy my się wier­cimy i budzimy jego. A tak to było “po domowemu” — my w jed­nym pokoju, Mikołaj w drugim. I dobrze :)

W nie­dzielę koń­czącą długi week­end miałam wraz z Miś­kiem maraton. Naj­pierw rano przejechaliśmy 500 km ze Szczecina do Wrocławia, a potem, po prze­pakowaniu się, ruszyłam z Miś­kiem do Głuchowa na drugą część prak­tyk szkol­nych. To była masakra. Mały był wymęczony, ja zresztą też. A trasa, którą przejeż­dżamy zwykle w dwie godziny, zajęła nam prawie cztery. Kosz­mar. No ale czego się spo­dziewać, w końcu ludzie wracali z długiego week­endu do domów. Swoją drogą to nie dziwię się, że było kil­kadziesiąt trupów z wypad­ków drogo­wych w ciągu tych 4 dni. Jak widziałam w jaki spo­sób jeż­dżą ludzie, to aż mi się włosy na głowie jeżyły. No ale co zrobić. Nieod­powiedzialni zdarzają się wszędzie.

Co do pobytu w Głuchowie, to było bar­dzo sym­patycz­nie. Prak­tykę już skoń­czyłam. Mam już spo­kój na ten rok. Ostat­niego dnia zrobiłam prezen­tację mul­timedialną na temat zagrożeń w korzystaniu z Inter­netu w dwóch klasach. Nawet faj­nie wyszło :)

Misiek nam się po powrocie z Głuchowa roz­regulował zupeł­nie. Roz­pie­ścili go tam mak­symal­nie i trochę trzeba było czasu, by poskładać go do kupy. Ale już jest znacz­nie lepiej. Powoli wracamy do normy.

Ostat­nio ulubioną zabawą Miśka jest “akuku”. Takie tradycyjne. Radochę ma nie­samowitą, gdy mu się mama lub tata wyłaniają zza drzwi albo zza jakiejś szmatki z okrzykiem “akuku”! Pisz­czy wniebogłosy :) Śmieszny ten nasz Mikołaj.

Byliśmy wczoraj u lekarza. Zmniej­szyła nam dawkę Vigan­tolu. Poza tym zważyła małego — równe 8 kilo. Pytałam się, czy to nor­malne, że mały nie prze­wraca się jesz­cze z pleców na brzuch i odwrot­nie. Powiedziała, że już powinien to robić i że możemy się przejść do rehabilitantki żeby pokazała jakieś ćwiczenia. Oczywi­ście zaraz po powrocie do domu zadzwoniłam do Promyka Słońca, żeby się umówić (wizyta refun­dowana, tzw.program wczesnej inter­wen­cji). No i usłyszałam: “Od 2 czerwca rejestrujemy na lipiec”. Wyyypas. Spytałam o wizytę prywatną. Pani umówiła nas na 12 czerwca, ale powiedziała, że to jest tylko wizyta u lekarza-rehabilitanta i nie może on nam wypisać potem skierowania na rehabilitację. No i kit z tym, bo skierowanie my już mamy. Zapiszemy się na ten lipiec, a w międzyczasie pój­dziemy do lekarza. Niech obej­rzy małego i jak oceni, że trzeba więcej ćwiczyć, to będziemy chodzić na rehabilitację. A jeśli się okaże, że nie trzeba, to zrezygnujemy i tyle. Bo to wcale nie jest wykluczone, że Misiek do tego czasu sam nad­robi braki. Zresztą, nie uważam, póki co, żeby jakieś braki miał, bo w końcu dzieci roz­wijają się w róż­nym, swoim tem­pie, i nie­które spraw­no­ści zdobywają wcześniej, a nie­które trochę póź­niej. Póki co się nie mar­twimy tym zanadto. Tym bar­dziej, że jak prze­szukuję literaturę dotyczącą roz­woju nie­mow­ląt i tak zwanych kamieni milowych, to general­nie ist­nieje cała roz­piętość w miesiącach, kiedy dziecko powinno nauczyć się prze­kręcania — nie­które źródła pokazują 5 miesiąc, nie­które szósty, a nie­które już czwarty. Tak więc, póki co, uznajemy, że jest dobrze.

A swoją drogą, kolejny raz muszę się pożalić na służbę zdrowia. Prze­cież jeśli do poradni rehabilitacyj­nej zgłasza się dziecko, które ma praw­dziwy, poważny problem z roz­wojem motorycz­nym, to umówienie go na za dwa miesiące jest jakimś nie­po­rozumieniem. Prze­cież dwa miesiące to kawał życia u takiego nie­mow­laka. To może być czas, którego potem nie da się tak szybko albo w ogóle nad­robić. Szkoda słów…

A! Dziękuję wszyst­kim za życzenia imieninowe, które wczoraj do mnie napłynęły. Było mi bar­dzo miło :) Faj­nie jest mieć imieninki :) Jesz­cze raz dzięki!