swietlik

Szybko minęła nam Wiel­ka­noc. Tro­chę za szybko. No ale co zro­bić — czas ucieka, nie­długo Miś­kowi stukną cztery mie­siące i zaczniemy powoli wpro­wa­dzać jakiś prze­cie­rek jarzy­nowy z dodat­kiem glu­tenu. Taki nowy sche­mat żywie­nia nie­mow­ląt dosta­łam ostat­nio od pedia­try. Zoba­czymy, co z tego wyj­dzie. I czy Miś­kowi będzie smakowało.

Tak poza tym z nowych miś­ko­wych spraw to taka, że żeby nam się nie nudziło, dosta­li­śmy kolejne skie­ro­wa­nie do spe­cja­li­sty — tym razem do kar­dio­loga. Bo Miś ma jakieś szmery nad ser­cem. Podobno nie­wiel­kie, ale są. Pedia­tra uspo­kaja, że to pew­nie nic poważ­nego, bo więk­szość dzieci ma szmery — dla­tego, że ser­du­cho im rośnie i takie tam. No więc na razie się nie mar­twimy. A kiedy do kar­dio­loga dotrzemy to nie mam poję­cia, bo dodzwo­nić się trudno. Ale to typowe ostat­nio. Poza tym Misio zdrowy jak ryba. Prze­zię­bie­nia go żadne nie chwy­tają, inne paskudz­twa też na szczę­ście nie. W ubie­głym tygo­dniu szcze­pi­li­śmy go na pneu­mo­koki, jesz­cze trzy dawki będzie trzeba wyku­pić. Skan­dal, że rodzice sami muszą dbać o zakup szcze­pio­nek, skoro płaci się takie wyso­kie składki na ubez­pie­cze­nie zdro­wotne. Jak na razie to Miko­łaj tylko w szpi­talu dostał pań­stwową szcze­pionkę. Resztę kupu­jemy sami, bo to, co ofe­ruje pań­stwo to mini­mum zale­d­wie. Masa­kra jakaś.
W ubie­głym tygo­dniu byli­śmy też na usg cie­miącz­ko­wym. Wynik wyszedł ok, żadnych wod­nia­ków nie ma, ani innych badziewi :)

Co do Wiel­ka­nocy, to zmie­ni­li­śmy nasze wcze­śniej­sze plany i zosta­li­śmy we Wro­cła­wiu. Ku roz­pa­czy reszty rodziny ;) A ku naszej rado­ści, bo przy­naj­mniej wypo­czę­li­śmy porząd­nie. Co prawda dwa dni sie­dzie­li­śmy (w sumie to leże­li­śmy) w domu przed tele­wi­zo­rem, bo pogoda była par­szywa, ale i tak było super :) Żarła mie­li­śmy całą lodówkę. Nie chwa­ląc się, pierw­szy raz w życiu pie­kłam schab ze śliw­kami i wyszedł po pro­stu rewe­la­cyj­nie! Przy oka­zji obej­rze­li­śmy kilka fil­mów — Zako­chaną Jane, Ran­czo, Rambo (to oglą­dał Mariusz sam, bo mnie słabo bawi widok lata­ją­cej wątroby) (cho­ciaż w sumie to nie — lata­jącą wątrobę to spo­koj­nie bym prze­żyła, w końcu w innych fil­mach tez lata, ale nie mogę znieść Sylve­stra Stal­lone — nie cier­pię kole­sia), Pasję i Misję. I jesz­cze wszyst­kie trzy czę­ści Har­rego Pot­tera (tvn prze­szedł sam sie­bie pusz­cza­jąc w trak­cie takie ilo­ści reklam, że powinni dostać za to jakąś karę) oraz Ostat­niego Smoka. Tak więc, jak widzi­cie, Święta mie­li­śmy baaar­dzo inten­sywne. W Wielką Sobotę udało nam się wybrać na spa­ce­rek. Dotar­li­śmy na Sta­rówkę i zro­bi­li­śmy nie­złe kółeczko — pra­wie udało nam się dotrzeć do kate­dry, tyle że uszy nam mar­zły i posta­no­wi­li­śmy wró­cić do domu. Po dro­dze nawie­dzi­li­śmy kilka kościo­łów, żeby chwilę pome­dy­to­wać przy Gro­bie Pań­skim. Naj­bar­dziej podo­bał nam się u oo.dominikanów. Szkoda tylko, że tak ciężko jest wje­chać wóz­kiem do więk­szo­ści kościo­łów. To nam tro­chę utrud­niało spa­cer. W gale­rii są fotki z tej podróży, zapra­szam do obejrzenia.

spacer

Miko­łaj wciąż rośnie. W ubie­głym tygo­dniu ważył około 7100. Mam wra­że­nie, że znowu jest cięż­szy, bo coraz moc­niej odczuwa to mój krę­go­słup. No ale co zro­bić. Poza tym bar­dzo ładnie mani­pu­luje już palusz­kami. Widać też, że zda­rza mu się mieć świa­domy cel w tych mani­pu­la­cjach — chwyta przed­mioty nie tylko wtedy, gdy mu się je włoży do rączki, ale cza­sem jak zoba­czy jakąś zabawkę to już pró­buje sam ją chwy­cić. Zazwy­czaj z pozy­tyw­nym skut­kiem. Na pałąku maty zawie­si­łam mu ostat­nio inne zabawki, więc ma tro­chę odmiany. Poza tym maleń­stwo nasze ostat­nio bar­dzo się wygina w pozy­cji leżą­cej — chyba się przy­go­to­wuje do prze­wra­ca­nia z plec­ków na bok.

Fajne jest kupo­wa­nie zaba­wek dla Miśka. Ostat­nio bar­dzo spraw­dziło nam się “gra­jotko” z Chicco. Takie tam organki jakby, plu­szowe z wierz­chu, pla­stik pod spodem, grają pięć nie­wku­rza­ją­cych melo­dy­jek i do tego mają dwa natę­że­nia gło­śno­ści, więc uszy nie puchną :) Poza tym Zają­czek przy­niósł mu też świe­tlika — taka zaba­weczka pla­sti­kowa, która grze­cho­cze, wydaje dźwięki, świeci i ma czułki, które miesz­czą się naszemu syn­kowi w pasz­czy — oraz pałąk do spa­ce­rówki. Co prawda jesz­cze go nie wypró­bo­wa­li­śmy na spa­ce­rówce, ale w domu już się spraw­dza — oczy­wi­ście też gra i świeci ;)

Ostat­nio tro­chę popró­bo­wa­łam sił w foto­gra­fo­wa­niu kwie­cia. Efekty są widoczne rów­nież w gale­rii. Frajda z tego była wielka :)

zonkil

Cóż poza tym… Pogoda tak, że nosa wyściu­bić się z domu nie da — zimno i raz pada śnieg, zaraz świeci słońce, potem pada grad i w tak w kółko. Smutno…

W sobotę jedziemy do Głu­chowa. Musimy w końcu dotrzeć do księ­dza w sprawi ślubu i chrztu. Doj­dzie tez wtedy do pierw­szego spo­tka­nia Miko­łaja z Tosią. Mam nadzieję, że wywrą na sobie dobre wrażenie :)

A! Jesz­cze jedna sprawa. W pasku bocz­nym poja­wiły się tagi. Dla nie­wta­jem­ni­czo­nych wyja­śnie­nie — jeśli klik­nie­cie na okre­ślone hasło, to pojawi Wam się lista wpi­sów, które w jakiś tam spo­sób doty­czą owego hasła. Chyba tyle na ten temat.

I ogól­nie chyba to już wszystko. Idę tro­chę poba­wić sie z synkiem :)