To o synku naszym, gdyby ktoś miał wąt­pli­wo­ści ;) Zapew­niam Was, że taki słodki i spokojny:

mikolaj

to on jest tylko na zdję­ciu ;) Zazwy­czaj jęczy­du­sza mu się włą­cza. Oczy­wi­ście w naj­mniej pożą­da­nych momen­tach — np. jak sia­dam do jedze­nia. Albo kładę się spać. Albo jak film zaczy­nam oglą­dać. O, nawet teraz, jak zaczy­nam pisać, to już jęczy :) Bo jeść chce. Musi­cie więc wyba­czyć, ale prio­ry­tety mam w tej chwili inne niż uzu­peł­nia­nie bloga… :) Nie­długo wracam!

No, już jestem. Tym razem to był tylko jęk przez sen :) Ech… Troszkę tu narze­kam na to nasze Pacholę, ale prawda jest taka, że robię to z uśmie­chem na twa­rzy. Nie zamie­ni­ła­bym go na żadne inne. A poza tym oczy­wi­ście prze­sa­dzam z tym jęcze­niem. Bo Misiątko nasze grzeczne jest przez więk­szość dnia. No chyba, że mu coś jest. Albo jest głodny lub sobie napa­sku­dził w pie­luszce. No, cza­sem, trzeba to powie­dzieć gło­śno, maleń­stwo nasze poka­zuje swój cha­rak­te­rek (wredny… po tacie? ;))) — już widzę minę Mariu­sza, gdy to prze­czyta…) — na przy­kład gdy mu się nie podoba dana pozy­cja do snu lub nie na tym boku sie go położy. Wtedy robi się czer­wony i wrzask jest nie z tej ziemi. Wysia­dają wów­czas wszel­kie pomy­sły na “zimny chów” — pisk jest nie do znie­sie­nia, w związku z czym ule­gamy malu­chowi. No, ale bez prze­sady, w końcu każdy ma swoje fana­be­rie i ulu­bione pozy­cje zasy­pia­nia — nie można tego od razu nazy­wać rozpieszczaniem :)

Co jesz­cze można powie­dzieć o Miko­łajku… Pięk­nie się uśmie­cha! Co prawda prze­czy­ta­łam nie­dawno, że pierw­szy świa­domy spo­łecz­nie uśmiech zda­rza się dziecku około 4–6 tygo­dnia życia, a te teraz to są po pro­stu przy… hmm… w książce ładnie napi­sali, że przy gazach jeli­to­wych, ale prze­łóżmy to na język pospo­lity — przy pier­dze­niu po pro­stu :) No i nie­stety, mimo moich gorą­cych pra­gnień, by były to uśmie­chy do mnie, to jed­nak jakoś dziw­nie zda­rzają się one mię­dzy naje­dze­niem a zmianą pie­lu­chy, więc chyba jed­nak coś w tym jest…

Cóż dalej… Tro­chę mało śpi w nocy nasze Pacholę. Zazwy­czaj na każdą nockę przy­pada mu około pół­to­rej godziny czu­wa­nia i to nadak­tyw­nego (przy­naj­mniej w moim poj­mo­wa­niu aktyw­no­ści w nocy). Nie jest to przy­jemne, ani tym bar­dziej zabawne, bo mi się wtedy naj­nor­mal­niej w świe­cie chce spać. No ale co zro­bić… Może kie­dyś doj­dzie do niego, że noc jest od spania…

O, jest jesz­cze coś, co można rzec o Miko­łajku — bar­dzo lubi się kąpać. Grzeczny jest wtedy nie­sły­cha­nie. Potem mu tro­chę prze­cho­dzi, jak się zaczyna przez chwilę trząść z zimna pod­czas wycie­ra­nia, ale ogól­nie jest bar­dzo zado­wo­lony. I baaar­dzo podoba mu się cze­sa­nie. Uspo­kaja się wów­czas, cza­sem nawet przy­sy­pia (oczy­wi­ście poza momen­tami, gdy jest głodny, bo wtedy to nic mu się nie podoba poza cyc­kiem i nic nie jest go w sta­nie uspo­koić — rów­nież poza cyckiem).

Powo­lutku Misiątko zaczyna nam wyra­stać ze śpiosz­ków roz­miar 56. Trzeba będzie się prze­sta­wić na więk­szą roz­mia­rówkę. Jutro idziemy do pedia­try, więc zoba­czymy ile mu się utyło przez te dwa tygo­dnie domo­wego życia. Do leka­rza mie­li­śmy iść w przy­szłym tygo­dniu, ale coś nam mały zaczął char­czeć i lekko nas to zanie­po­ko­iło. Poza tym chcemy spraw­dzić, czy przez ule­wa­nie nie traci na wadze. Jakoś na to nie wygląda, ale ulewa mu się czę­sto i gęsto, więc też trzeba to zmonitorować.

Jeśli cho­dzi o Święta, to spę­dzi­li­śmy je u sie­bie w domciu. Jakimś cudem udało nam sie usiąść do Wigi­lii przed 18.00, mimo że nic na to nie wska­zy­wało — mały cały czas maru­dził i nie dało się za wiele zro­bić, dopóki nie zasnął. W końcu udało się go uśpić i mogłam pood­grze­wać całe żarełko wigi­lijne, jakie przy­wieźli nam rodzice Mariu­sza. Naprawdę, gdyby nie to, że nawieźli nam tony wałówki świą­tecz­nej to chyba byśmy jedli w Wigi­lię na kola­cję kanapki, bo nie byłoby ani czasu ani ochoty nic innego zro­bić. A tak, to nawet ja się zała­pa­łam na nie­które fry­kasy, bo na tę noc prze­sta­wi­łam małego na butelkę, w związku z czym mogłam zjeść barsz­czyku z uszkami i pie­rogi z kapu­stą i grzy­bami, i mako­wiec… I napić się winka mogłam… :) Mniam…

Żeby było cie­ka­wiej, o trze­ciej po połu­dniu Mariusz jechał jesz­cze na mia­sto szu­kać jakie­goś czyn­nego sklepu z lamp­kami na cho­inkę. Bo lampki to my mie­li­śmy od zeszłego roku. Ale nie wpa­dli­śmy na to, że mogą nie dzia­łać. Co prawda nic by się nie stało, gdyby cho­inka była bez lam­pek, ale Misiek stwier­dził, że smutno by to wyglą­dało i poje­chał na poszu­ki­wa­nia. O dziwo — udało mu się kupić, bo Care­four był czynny do 17.00. W związku z tym cho­inka nam świeci na nie­bie­sko :) Na dowód macie tu kolejną fotkę Miko­łaja — tym razem pod drzewkiem:

lampki

Jeśli cho­dzi o pre­zenty, to Święty Miko­łaj nie próż­no­wał. Naj­pierw przy­niósł nam pie­niążki z Głu­chowa. Potem garnki Tefala i robota kuchen­nego Mouli­nex z Gnie­zna, a następ­nie per­fumy Dolce&Gabbana oraz trzeci sezon Przy­ja­ciół na dvd i Labi­rynt Fauna :) Gene­ral­nie wypas :)

No i tyle, póki co. Idę obiad ugo­to­wać, bo jeść coś trzeba przecież :)