Dziś na obcho­dzie lekarka pro­wa­dząca stwier­dziła, że się o mnie mar­twi, bo jej zda­niem za mało za nią cho­dzę, żeby się cze­goś dowie­dzieć. Suuuper. To zna­czy, że niby co — mam oku­po­wać wej­ście do gabi­netu, mimo że to i tak nic nie da? Jaki jest sens łaże­nia za tą kobietą, jeśli co chwilę jakiś inny lekarz czy położna cały czas mówią, że wszystko jest w porządku i że na pewno ter­min sko­pany. W każ­dym razie pani dok­tor powie­działa, że to usg wczo­raj­sze nie jest tak do końca mia­ro­dajne. Dla­czego? Bo, owszem, poka­zało prze­pływ pępo­wi­nowy, ale o wiele wię­cej powie­dzia­łoby usg pozo­sta­łych prze­pły­wów. No a na prze­wie­zie­nie mnie na takie usg do innego szpi­tala nie zgo­dził się dyrek­tor. Bo to za dużo kosz­tuje. Spy­ta­łam, czy nie mogła­bym zro­bić tego pry­wat­nie na mie­ście. Usły­sza­łam, że nie, bo oni mi nie mają kogo pole­cić, a nie wia­domo co to za usg i czy osoba, która by mi je zro­biła jest na tyle kom­pe­tentna, że zrobi to dobrze. No i tyle na ten temat. Oczy­wi­ście takie usg jest na tere­nie szpi­tala, ale to jest to zepsute — a szpi­tal nie będzie go napra­wiał, bo nie ma pie­nię­dzy. Słów bra­kuje… W każ­dym razie pani dok­tor powie­działa mi, że jeśli jutro się nie uda uro­dzić natu­ral­nie po tej kro­plówce, to w ponie­dzia­łek w try­bie pil­nym mam mieć cesar­skie cię­cie. Bo to już będzie 17 dni po ter­mi­nie. I nie można dłu­żej cze­kać. Tak więc tym bar­dziej trzy­mam kciuki, żeby się udało. Nie chcę cesarki. Ale co zro­bić — jak będzie trzeba, to trudno. Moje lęki tu nie są naj­waż­niej­sze. Naj­waż­niej­szy jest ten mały Misiek, który sie­dzi mi pod ser­cem i tak naprawdę, to nie wia­domo, jak się ma. Mam nadzieję, że dobrze…