Cóż.. Mama nie ma dziś pre­zentu imie­ni­no­wego w postaci wnuka. Ale mam nadzieję, że będzie go miała jutro. Dziś pani dok­tor zapi­sała mnie na kro­plówkę naskur­czową na jutro. Zro­bili mi ekg, bada­nia krze­pli­wo­ści, no i teo­re­tycz­nie mogła­bym już pójść. Pyta­łam położ­nej czy mam jeść jutro śnia­da­nie. “Pani chce jutro jeść czy rodzić?!” usły­sza­łam w odpo­wie­dzi. Mam więc nie jeść śnia­da­nia, no i dzi­siaj też już się nie obże­rać za bar­dzo. Bo na poro­dówkę mam iść z samego rana. Co prawda może się coś poprze­su­wać, ale mam nadzieję, że wszystko się uda zała­twić w miarę wcze­śnie. No i że będzie wolna sala do porodu rodzin­nego. I że uro­dzę natu­ral­nie o wła­snych siłach. Chyba całą noc będę się w tej inten­cji modlić.

Myśli mi się kłę­bią w gło­wie tak, że nie mogę się sku­pić, co pisać naj­pierw. Już się nie mogę docze­kać jutra. Ale też tro­chę się boję. I cie­szę się. Boją się, że coś pój­dzie nie tak, że kro­plówka nie podziała… I cie­szę się, że to już jutro.
Szkoda, że będzie pani Joli na dyżurze.

Był Mariusz, poje­chał nie­dawno. Też — bie­dac­two moje kochane — zestre­so­wany, Chyba bar­dziej, niż ja. Nie dzi­wię mu się.

Cały dzi­siej­szy dzień dłu­żył mi się nie­sły­cha­nie. No bo rano powie­dzieli, że jutro kro­plówka i potem, poza kil­ku­mi­nu­to­wym ekg i ktg, nic się nie działo. Myśla­łam, że zwa­riuję. Dobrze, że cho­ciaż Misiek przy­je­chał i mi te dwie godziny z nim ucie­kły szyb­ciutko. Tro­chę za szyb­ciutko. Ale za to do rana już jakoś prze­trwam. Poczy­tam jesz­cze, pospa­ce­ruję może. Pójdę pod prysz­nic. Około 10–11 spać i jakoś doczekam.