Jęczydusza…

To o synku naszym, gdyby ktoś miał wątpliwości ;) Zapewniam Was, że taki słodki i spokojny:

mikolaj

to on jest tylko na zdjęciu ;) Zazwyczaj jęczydusza mu się włącza. Oczywiście w najmniej pożądanych momentach – np. jak siadam do jedzenia. Albo kładę się spać. Albo jak film zaczynam oglądać. O, nawet teraz, jak zaczynam pisać, to już jęczy :) Bo jeść chce. Musicie więc wybaczyć, ale priorytety mam w tej chwili inne niż uzupełnianie bloga… :) Niedługo wracam!

No, już jestem. Tym razem to był tylko jęk przez sen :) Ech… Troszkę tu narzekam na to nasze Pacholę, ale prawda jest taka, że robię to z uśmiechem na twarzy. Nie zamieniłabym go na żadne inne. A poza tym oczywiście przesadzam z tym jęczeniem. Bo Misiątko nasze grzeczne jest przez większość dnia. No chyba, że mu coś jest. Albo jest głodny lub sobie napaskudził w pieluszce. No, czasem, trzeba to powiedzieć głośno, maleństwo nasze pokazuje swój charakterek (wredny… po tacie? ;))) – już widzę minę Mariusza, gdy to przeczyta…) – na przykład gdy mu się nie podoba dana pozycja do snu lub nie na tym boku sie go położy. Wtedy robi się czerwony i wrzask jest nie z tej ziemi. Wysiadają wówczas wszelkie pomysły na „zimny chów” – pisk jest nie do zniesienia, w związku z czym ulegamy maluchowi. No, ale bez przesady, w końcu każdy ma swoje fanaberie i ulubione pozycje zasypiania – nie można tego od razu nazywać rozpieszczaniem :)

Co jeszcze można powiedzieć o Mikołajku… Pięknie się uśmiecha! Co prawda przeczytałam niedawno, że pierwszy świadomy społecznie uśmiech zdarza się dziecku około 4-6 tygodnia życia, a te teraz to są po prostu przy… hmm… w książce ładnie napisali, że przy gazach jelitowych, ale przełóżmy to na język pospolity – przy pierdzeniu po prostu :) No i niestety, mimo moich gorących pragnień, by były to uśmiechy do mnie, to jednak jakoś dziwnie zdarzają się one między najedzeniem a zmianą pieluchy, więc chyba jednak coś w tym jest…

Cóż dalej… Trochę mało śpi w nocy nasze Pacholę. Zazwyczaj na każdą nockę przypada mu około półtorej godziny czuwania i to nadaktywnego (przynajmniej w moim pojmowaniu aktywności w nocy). Nie jest to przyjemne, ani tym bardziej zabawne, bo mi się wtedy najnormalniej w świecie chce spać. No ale co zrobić… Może kiedyś dojdzie do niego, że noc jest od spania…

O, jest jeszcze coś, co można rzec o Mikołajku – bardzo lubi się kąpać. Grzeczny jest wtedy niesłychanie. Potem mu trochę przechodzi, jak się zaczyna przez chwilę trząść z zimna podczas wycierania, ale ogólnie jest bardzo zadowolony. I baaardzo podoba mu się czesanie. Uspokaja się wówczas, czasem nawet przysypia (oczywiście poza momentami, gdy jest głodny, bo wtedy to nic mu się nie podoba poza cyckiem i nic nie jest go w stanie uspokoić – również poza cyckiem).

Powolutku Misiątko zaczyna nam wyrastać ze śpioszków rozmiar 56. Trzeba będzie się przestawić na większą rozmiarówkę. Jutro idziemy do pediatry, więc zobaczymy ile mu się utyło przez te dwa tygodnie domowego życia. Do lekarza mieliśmy iść w przyszłym tygodniu, ale coś nam mały zaczął charczeć i lekko nas to zaniepokoiło. Poza tym chcemy sprawdzić, czy przez ulewanie nie traci na wadze. Jakoś na to nie wygląda, ale ulewa mu się często i gęsto, więc też trzeba to zmonitorować.

Jeśli chodzi o Święta, to spędziliśmy je u siebie w domciu. Jakimś cudem udało nam sie usiąść do Wigilii przed 18.00, mimo że nic na to nie wskazywało – mały cały czas marudził i nie dało się za wiele zrobić, dopóki nie zasnął. W końcu udało się go uśpić i mogłam poodgrzewać całe żarełko wigilijne, jakie przywieźli nam rodzice Mariusza. Naprawdę, gdyby nie to, że nawieźli nam tony wałówki świątecznej to chyba byśmy jedli w Wigilię na kolację kanapki, bo nie byłoby ani czasu ani ochoty nic innego zrobić. A tak, to nawet ja się załapałam na niektóre frykasy, bo na tę noc przestawiłam małego na butelkę, w związku z czym mogłam zjeść barszczyku z uszkami i pierogi z kapustą i grzybami, i makowiec… I napić się winka mogłam… :) Mniam…

Żeby było ciekawiej, o trzeciej po południu Mariusz jechał jeszcze na miasto szukać jakiegoś czynnego sklepu z lampkami na choinkę. Bo lampki to my mieliśmy od zeszłego roku. Ale nie wpadliśmy na to, że mogą nie działać. Co prawda nic by się nie stało, gdyby choinka była bez lampek, ale Misiek stwierdził, że smutno by to wyglądało i pojechał na poszukiwania. O dziwo – udało mu się kupić, bo Carefour był czynny do 17.00. W związku z tym choinka nam świeci na niebiesko :) Na dowód macie tu kolejną fotkę Mikołaja – tym razem pod drzewkiem:

lampki

Jeśli chodzi o prezenty, to Święty Mikołaj nie próżnował. Najpierw przyniósł nam pieniążki z Głuchowa. Potem garnki Tefala i robota kuchennego Moulinex z Gniezna, a następnie perfumy Dolce&Gabbana oraz trzeci sezon Przyjaciół na dvd i Labirynt Fauna :) Generalnie wypas :)

No i tyle, póki co. Idę obiad ugotować, bo jeść coś trzeba przecież :)

Poród – 8 grudnia 2007

No i mały Misiek jest już z nami. Ale wszystko po kolei…

Na porodówkę poszłam około 9 rano. Standardowo podłączyli mi ktg i po krótkim czasie dostałam kroplówkę. Opiekowała się mną tego dnia pani Mariola – położna, znajoma pani Joli. Pani Jola prosiła ją, by się mną zajęła i by mi pomogła urodzić naturalnie. Kroplówka leciała o wiele szybciej niż w środę – ciekawe, jakim problemem było podkręcić ją już wtedy… Skurcze zaczęły mnie brać dość szybko. I nawet dość porządne. Bolało w cholerę. W międzyczasie badała mnie lekarka z porodówki i pani Mariola. Zaczynało się robić jakieś rozwarcie. Najpierw na jeden palec, potem na dwa… Powoli zaczynałam mieć nadzieję, że się w końcu uda. Oksytocyna dawała czadu. Wkrótce zaczęły się skurcze krzyżowe. Co tu dużo pisać – jak któraś z Was rodziła, to wie, o czym mówię i jak to może boleć… Położna przyniosła mi piłkę, żeby sobie na niej posiedzieć, pomasować krocze – żeby trochę ból złagodzić. Rzeczywiście pomagało – na piłce odnalazłam jedyną pozycję, w której dało się znieść skurcze.

Około wpół do czwartej kolejny raz zbadała mnie pani Mariola. Okazało się, że pęcherz płodowy jest już bardzo napięty, więc go przebiła. Odeszły mi wody – okazało się, że miały już seledynowy kolor. Wtedy położna stwierdziła, że jakby na to nie spojrzeć, dzisiaj na pewno urodzę. I że mogę już zadzwonić po Mariusza.

Misiek przyjechał bardzo szybko. Wolę nie wiedzieć, jak wyglądała ta jego podróż do szpitala ;) Wpuścili go do mnie na salę, mimo że leżałam w boksie do porodów ogólnych, bo obok nikt inny nie rodził. No a sale do rodzinnego były akurat zajęte. Siedzieliśmy więc sobie za parawanikiem, ja na piłce, Mariusz na niewygodnym krześle. Po jakimś czasie poszliśmy pod prysznic, trochę ulżyło, ale nie za bardzo.

Po badaniu lekarka stwierdziła, że dam radę urodzić sama, że macica podjęła czynność, mimo że odłączyli już kroplówkę. Ucieszyliśmy się bardzo. Wizja cesarki oddaliła się.

O 20.00 znowu zostałam zbadana – rozwarcie było już na 3 palce (6 cm). Położna ponownie wysłała mnie pod prysznic i potem miałam mieć podłączone ktg. W międzyczasie przenieśliśmy się na salę do porodu rodzinnego. Misiek mógł tam wreszcie jakoś normalnie usiąść, bo na fotelu. Ja większość czasu klęczałam przy łóżku na kolanach, bo tak było najwygodniej – piłka już nie dawała rady. Dostałam wtedy też jakąś kroplówkę przeciwbólową. Ale nie poskutkowała.

Około 21.30 przyszła pani Mariola i ponownie mnie zbadała. Okazało się, że rozwarcie się nie powiększa. Zawołała lekarkę. Okazało się, że akcja porodowa stanęła w miejscu. I rzeczywiście – nawet skurcze stawały się rzadsze i słabsze. Pani doktor zadecydowała, że trzeba w trybie pilnym zakończyć poród przez cesarskie cięcie. Zrobiło mi się bardzo przykro. Bo wierzyłam, że uda się tego uniknąć. Do tego strasznie bałam się tej operacji, znieczulenia. No ale nie było już innego wyjścia. Prosiłam tylko Mariusza, żeby zaraz po porodzie wziął Mikołaja na ręce, by do niego mówił, by przy nim był. Bo po porodzie naturalnym dziecko od razu wędruje w ramiona mamy i taty. A po cesarce sama nie wiedziałam kiedy go zobaczę po raz pierwszy. A nie chciałam, żeby sam leżał w wózeczku gdzieś na sali.

Do operacji przygotowali mnie bardzo szybko. Znieczulenie w kręgosłup podziałało od razu, tak jak powinno. Bardzo się go bałam, ale dało się przeżyć. Potem rozłożyli mnie na stole, przegrodzili parawanem, bym nic nie widziała, no i zaczęło się. W międzyczasie zaczęło mi bardzo spadać ciśnienie. Anestezjolog bardzo się zdenerwowała. A mi się robiło słabo i ciemno przed oczami. Słyszałam tylko, jak anestezjolog wyzywała kogoś z porodówki, że kolejny raz przyprowadzili wygłodzoną i odwodnioną prawie pacjentkę, że mogli mi dać chociaż glukozę albo sól fizjologiczną. No ale po kilku minutach zaczęło mi rosnąć ciśnienie i dochodziłam do siebie.

Nie wiem jak długo to wszystko trwało. W pewnym momencie usłyszałam tylko jakiś pisk. Dowiedziałam się wtedy, że doktor wyjął już główkę i za chwilę pójdzie reszta. I rzeczywiście – po kilku chwilach usłyszałam płacz dziecka i się popłakałam. To był pierwszy objaw dla mnie, że z Mikołajem jest ok. Lekarz zaczął mnie zszywać, a w tym czasie Misiaczek powędrował już do kącika noworodka na wszystkie badania. Po paru minutach przyszła położna i powiedziała, że mały dostał 10 punktów w skali Apgar. I że ma widoczne cechy przenoszenia (i niech mnie w d…e pocałują wszyscy ci, którzy mi wpierali, że źle termin obliczyliśmy!!!). Trochę się tym zdenerwowałam, ale okazało się, że to nic groźnego.

Jak już mnie pozszywali to zawołali Mariusza, żeby mnie pomógł przenieść na łóżko. I wywieźli mnie do dyżurki, żeby jeszcze trochę poobserwować.

I wtedy przynieśli mi Mikołajka. Co prawda leżałam plackiem i nie mogłam się ruszać, ale lekarka położyła mi go na piersiach i pomogła przystawić, by mały troszkę possał. I udało mu się! Chwilę musiał poćwiczyć, ale wreszcie zassał! A mi łzy płynęły ze szczęścia, że mamy zdrowe dziecko. Mariusz cały czas był przy nas. I też jakoś nic nie mówił… Chyba też ze wzruszenia :)

misiek

Potem przewieźli mnie na oddział położniczy na salę pooperacyjną. Byłam tam sama przez całą noc. Ale nie za bardzo mogłam pospać. Gdy przestało działać znieczulenie to rana tak mnie zaczęła boleć, że myślałam, że nie wytrzymam. Miałam podłączoną kroplówkę ze środkami przeciwbólowymi, ale zaczęła działać dopiero o 3.30 w nocy, a ja na pooperacyjnej leżałam od około północy. Przeszło zupełnie dopiero nad ranem. Zresztą – „zupełnie” to złe określenie. Bo szycie bolało cały czas. Ale już nie byłam tak bardzo obolała.

Rano, mimo że jeszcze nie mogłam wstawać, położna przywiozła mi Mikołajka i położyła obok mnie na łóżku. Mały spał. Potem go zabrali na obchód, a w międzyczasie przyjechał Mariusz. No i kazali mi też wstawać. To była kolejna masakra, bo zupełnie nie miałam siły, a bolało jak cholera. No ale jakoś się udało i mogłam już przenieść się do zwykłej sali. Poszłam pod prysznic, przyprowadziliśmy z Mariuszem Mikołaja i tak nam mijała niedziela – pierwszy dzień życia naszego synka.

Reszty pobytu w szpitalu nie będę już opisywać. Najważniejsze już za nami – poród. A reszta zleciała szybko na szczęście i w ubiegłą środę wypisali nas już do domu.

Jedno wiem na pewno – jeśli będę rodzić drugie dziecko, to na pewno nie we Wrocławiu. Jakoś mam awersję do tutejszej służby zdrowia. Mariusz też. Życie…

Zdjęcia naszej Pociechy są oczywiście do obejrzenia w galerii. Zapraszam!

Szpital cz.7 – 7.12.2007

Dziś na obchodzie lekarka prowadząca stwierdziła, że się o mnie martwi, bo jej zdaniem za mało za nią chodzę, żeby się czegoś dowiedzieć. Suuuper. To znaczy, że niby co – mam okupować wejście do gabinetu, mimo że to i tak nic nie da? Jaki jest sens łażenia za tą kobietą, jeśli co chwilę jakiś inny lekarz czy położna cały czas mówią, że wszystko jest w porządku i że na pewno termin skopany. W każdym razie pani doktor powiedziała, że to usg wczorajsze nie jest tak do końca miarodajne. Dlaczego? Bo, owszem, pokazało przepływ pępowinowy, ale o wiele więcej powiedziałoby usg pozostałych przepływów. No a na przewiezienie mnie na takie usg do innego szpitala nie zgodził się dyrektor. Bo to za dużo kosztuje. Spytałam, czy nie mogłabym zrobić tego prywatnie na mieście. Usłyszałam, że nie, bo oni mi nie mają kogo polecić, a nie wiadomo co to za usg i czy osoba, która by mi je zrobiła jest na tyle kompetentna, że zrobi to dobrze. No i tyle na ten temat. Oczywiście takie usg jest na terenie szpitala, ale to jest to zepsute – a szpital nie będzie go naprawiał, bo nie ma pieniędzy. Słów brakuje… W każdym razie pani doktor powiedziała mi, że jeśli jutro się nie uda urodzić naturalnie po tej kroplówce, to w poniedziałek w trybie pilnym mam mieć cesarskie cięcie. Bo to już będzie 17 dni po terminie. I nie można dłużej czekać. Tak więc tym bardziej trzymam kciuki, żeby się udało. Nie chcę cesarki. Ale co zrobić – jak będzie trzeba, to trudno. Moje lęki tu nie są najważniejsze. Najważniejszy jest ten mały Misiek, który siedzi mi pod sercem i tak naprawdę, to nie wiadomo, jak się ma. Mam nadzieję, że dobrze…

Szpital cz.6 – 6.12.2007

Minął jeden dzień z kroplówką, minął drugi po kroplówce i nic… Wczoraj mnie około 11 podłączyli, ale po przebadaniu (jeszcze przed kroplówką) lekarz stwierdził, że raczej nic z tego dzisiaj nie będzie, bo nie ma żadnego rozwarcia. Czyli kiepsko. Bardzo to przeżyłam, szczerze mówiąc. Chciało mi się płakać. Chyba za bardzo się nastawiłam na to, że tego dnia urodzę. Skurcze przyszły, ale nic poza tym – normalna reakcja na oksytocynę. Biedny mój Misiek naczekał się niepotrzebni pod drzwiami, nastresował. Przyjechał o 12.00 i cały czas czekał. Około 14.30 pozwolili mi wyjść na korytarz do Mariusza. I tak siedzieliśmy sobie razem, ja co 20-30 minut szłam na ktg posłuchać serduszka, a Misiek czekał. W końcu około 15.30 odłączyli mi kroplówkę, zrobili ktg i kazali przyjść za 15 minut. Miałam zostać zbadana przez lekarza i mieli powtórzyć ktg. Zgłosiłam się po tych 15 minutach, ale ponieważ zrobił się zamieszanie na porodówce, to lekarz najzwyczajniej w świecie mnie olał i odesłał na oddział. Ekstra po prostu. Wieczorem o 21 zrobili mi ktg. Coś tam się na linii skurczów rysowało, no ale do dzisiejszego ranka przeszło.

W ogóle to wczorajszy dzień był straszny. Byłam nim wykończona psychicznie i emocjonalnie. Płakałam już z tej bezsilności i ze zmęczenia. Mariusz nie wiedział już, co ze mną robić. Gdy siedzieliśmy na korytarzu podszedł do nas ordynator (chyba widział, że byłam zapłakana) i próbował jakoś pocieszyć i uspokoić, że to, że jest to ciąża przeterminowana nie oznacza, że jest przenoszona itd. Bardzo nam pomógł, szczerze mówiąc. Taki zwykły, ludzki odruch. Bardzo tego brakuje w tym szpitalu. Na tym oddziale. Ja wiem, że tak naprawdę nie mam na co narzekać. Cała ciąża poszła doskonale. Mamy w brzuchu zdrowego malucha, nic się z nim złego nadal nie dzieje. Ale po pierwsze dla mnie stresem jest to, że to już dwa tygodnie po terminie, a ten nasz zdrowy maluch się nie rodzi. Po drugie, cały czas słucham tu o różnych patologicznych przypadkach. O porodach po terminie, o kleszczach, o zielonych wodach płodowych, o cesarkach i o tysiącu jeszcze innych rzeczy strasznych lub mniej strasznych. I okazuje się, że jestem w stanie słuchać tego tylko do pewnego momentu. Niestety, ten moment został już dawno przekroczony i w tej chwili jestem tym po prostu wykończona. Wolałabym się wypisać na żądanie i czekać na poród w domu, jeśli tylko na czekaniu miałby polegać mój dalszy pobyt tutaj. Bo dostaję już na głowę. A jeszcze kolejną rzeczą, która mnie rozbraja jest to, że trzeba ciągle za wszystkimi chodzić, by się czegoś dowiedzieć. No i to wymieszanie pacjentek z patologii z dziewczynami z położniczego. Masakra. Humanitarne to to nie jest.

Dziś rano na obchodzie dowiedziałam sie tylko, że będę miała zrobione usg (o ile się uda załatwić, bo to oddziałowe jest od tygodnia zepsute). No i dalej to lekarka stwierdziła, że nie wie, co ze mną zrobić. Spytała tylko położnej, czy mam wszystkie badania do cesarki zrobione. Ekstra – pomyślałam sobie. Zdaję sobie sprawę, że nie można wykluczyć cesarki, ale, kurde, chciałabym usłyszeć to od jakiegoś lekarza osobiście, a nie podsłuchując rozmowę z położną.

Usg wyszło ok. Kolejna osoba stwierdziła, że na pewno coś skopaliśmy przy obliczaniu terminu. Bo ciąża nie wygląda na przenoszoną. No to, kurde, trzeba się chyba z tego cieszyć, nie?! Denerwuje mnie robienie ze mnie głupka, który nie potrafi liczyć. Po pierwsze dlatego, że wszystkie wcześniejsze cykle miałam zanotowane. Po drugie dlatego, że wiem, kiedy miałam ostatnią miesiączkę. I wiem to na 200%, to nie jest trudne. Po trzecie to lekarz mi obliczył termin. A po czwarte, z badań usg to data – lub jej kilkudniowe okolice – potwierdziła się. Czasem była różnica 2-4 dni, ale nic poza tym. No ale cóż… Ja jestem tylko pacjentem i na niczym się nie znam. Nawet na własnym okresie.

Po południu przyszła lekarka i powiedziała, że w sobotę znów pójdę na kroplówkę. I tyle. Zobaczymy, co się będzie dalej działo. Może coś się ruszy. Mam wrażenie, że od wczoraj odchodzi mi czop śluzowy, ale nie wiem, czy to na pewno jest to. I brzuch mi się strasznie napina. Ale wszyscy ciągle mówią, że jest strasznie wysoko jeszcze. Czy zawsze wszystkie kobiety przed porodem mają nisko brzuch? Może zdarzają się jakieś małe wyjątki?

Uspokoiłam się o tyle, że dają mi jeszcze szanse na naturalny poród. Że nie od razu każą kłaść się pod nóż. Ja wiem, że jak będzie trzeba, to się zgodzę na cesarkę, ale jeśli się uda po tej kroplówce, to będzie to spełnienie moich marzeń.

A Mikołaj dziś nie daje mi spokoju. Wieczorem tak się rozbrykał, że szczerze przyznam, momentami mam już dość i chętnie bym mu oddała ;) Kopie mnie tak mocno, że wyję z bólu. Mały złośliwiec…

Szpital cz.5 – 4.12.2007

Cóż.. Mama nie ma dziś prezentu imieninowego w postaci wnuka. Ale mam nadzieję, że będzie go miała jutro. Dziś pani doktor zapisała mnie na kroplówkę naskurczową na jutro. Zrobili mi ekg, badania krzepliwości, no i teoretycznie mogłabym już pójść. Pytałam położnej czy mam jeść jutro śniadanie. „Pani chce jutro jeść czy rodzić?!” usłyszałam w odpowiedzi. Mam więc nie jeść śniadania, no i dzisiaj też już się nie obżerać za bardzo. Bo na porodówkę mam iść z samego rana. Co prawda może się coś poprzesuwać, ale mam nadzieję, że wszystko się uda załatwić w miarę wcześnie. No i że będzie wolna sala do porodu rodzinnego. I że urodzę naturalnie o własnych siłach. Chyba całą noc będę się w tej intencji modlić.

Myśli mi się kłębią w głowie tak, że nie mogę się skupić, co pisać najpierw. Już się nie mogę doczekać jutra. Ale też trochę się boję. I cieszę się. Boją się, że coś pójdzie nie tak, że kroplówka nie podziała… I cieszę się, że to już jutro.
Szkoda, że będzie pani Joli na dyżurze.

Był Mariusz, pojechał niedawno. Też – biedactwo moje kochane – zestresowany, Chyba bardziej, niż ja. Nie dziwię mu się.

Cały dzisiejszy dzień dłużył mi się niesłychanie. No bo rano powiedzieli, że jutro kroplówka i potem, poza kilkuminutowym ekg i ktg, nic się nie działo. Myślałam, że zwariuję. Dobrze, że chociaż Misiek przyjechał i mi te dwie godziny z nim uciekły szybciutko. Trochę za szybciutko. Ale za to do rana już jakoś przetrwam. Poczytam jeszcze, pospaceruję może. Pójdę pod prysznic. Około 10-11 spać i jakoś doczekam.

Szpital cz.4 – 3.12.2007

Poniedziałkowe popołudnie w szpitalu. Rano przyszła pani Jola. Powiedziała, że pogada z lekarzem. Potem był nawet całkiem normalny obchód. Lekarka kazała się zgłosić do zabiegówki. Tam mnie zbadała, stwierdziła, że jest ok i że szyjka krótka, gotowa do porodu. Położna powiedziała, bym za chwilę się zgłosiła, to zrobią mi lewatywę i wyślą na porodówkę na test oct. Jak się dowiedziałam, to ten test to po prostu kroplówka z oksytocyny. Powoli zwiększają dawką i sprawdzają na ktg reakcję serca dziecka. Jak będzie prawidłowa, to odeślą na oddział i będą dalej decydować, co robić, a jak nieprawidłowa, to może być różnie – od wywołania po cesarkę. I tyle.
Poszłam więc na tę porodówkę. Położyli mnie na wyrku za parawanem. Podłączyli ktg i dali kroplówkę. W międzyczasie przyszła pani Jola, pogadała z lekarzem z porodówki i z położną, i powiedziała, że jestem z jej szkoły rodzenia. Nie wiem, czy to zasługa tych słów, czy po prostu tamten personel jest inny, ale opieka od razu była bardziej odczuwalna. Doktor zaglądał bardzo często. Przychodziła też położna. Na koniec gdy już mnie odłączyli jeszcze raz przyszła tamta położna pogadać ze mną. Powiedziała, że próba wyszła dobrze. Pytałam o badania wód. Powiedziała, że można wykluczyć zzielenienie wód z niedotlenienia, bo z ktg widać, że mały jest dotleniony. A jeśli idzie o smółkę, to powinno wyjść na usg. No ale usg mi nie zrobią, bo od tygodnia jest zepsuta głowica. Wypas. W ogóle to lekarz z porodówki się dziwił, że nikt nie wysłał mnie na test oct do nich już w piątek, skoro tu już od wtedy leżę. Kolejny wypas.

No i teraz leżę u siebie na sali i czekam. Albo na skurcze, albo na jakąś decyzję. Może tu jeszcze pani Jola wpadnie, to się spytam, może ona coś będzie wiedzieć na co mam się nastawić. Poza tym jestem strasznie śpiąca i zmęczona.

Szpital cz.3 – 2.12.2007

Dwie trzecie niedzieli w szpitalu już za mną. Byle do poniedziałku, myślę sobie. Mam nadzieję, że od jutra coś się tu wokół mnie zacznie dziać. Bo szału powoli już dostaję. I jakieś dołki łapię. Dobrze, że Misiek przyszedł dziś w południe, bo przynajmniej miałam się komu wypłakać. On też biedny – bezsilny się czuje. Zastanawia się, czy lepiej dać w mordę czy lepiej w łapę, żeby zaczął się ktoś mną bardziej interesować. Ja też nie działam na niego kojąco, gdy opowiadam mu o różnych sytuacjach z oddziału. Choćby o tej dziewczynie, która wczoraj tak okropnie krzyczała. Okazało się, że wody płodowe były już zielone, łożysko przejrzałe, a ona nie mogła sama urodzić. No i maluszka kleszczami wyciągali. Była dwa tygodnie po terminie. Nie zrobili jej badania wód płodowych. Wypas po prostu. Jutro chyba będę żądać takiego badania, bo stresuję się tym bardzo. W ogóle to z godziny na godzinę jestem coraz bardziej wystraszona. Misiek uspokajał jak mógł i potrafił. Mama przez telefon też. Monika też. Gadałyśmy z pół godziny. No ale co zrobić, gdy człowiek leży tu od jakichś pięćdziesięciuparu godzin i nie widzi żadnej nadziei, ze coś samo z siebie się zacznie, a opieka jest jaka jest…

Misiek kupił mi „I Ty możesz mieć superdziecko” Doroty Zawadzkiej. Czytam, bo przynajmniej mi czas na tym mija. Chciałabym rzec – ucieka. Ale on się wlecze jak żółw. Byle do rana…

Szpital cz.2 – 1/2.12.2007

Ta noc jest koszmarna. Druga nieprzespana. Chociaż w sumie na trzy godziny udało mi się zasnąć, więc i tak jest lepiej niż poprzedniej. W radiu leci Dżem i „Wehikuł czasu”. Hmmm… ja to bym nie chciała cofać czasu. Raczej wolałabym go trochę pchnąć do przodu – np. do poniedziałku, wtorku. A najlepiej to o tydzień – bo mam nadzieję, że za tydzień będę już w domu.

Ania – sąsiadka z pokoju – też nie śpi. Męczy ją coś, chodzi po pokoju. Dziewczyny z innych sal też chyba mają ciężką noc, bo co rusz, w drodze do łazienki, spotyka sie którąś na korytarzu. Może się wystraszyłyśmy krzyków tej dziewczyny rodzącej wieczorem. Bo darła się okropnie. Na korytarzu przed naszą salą w jednej chwili zebrała się grupka dziewcząt. Nic dziwnego, bo w końcu sąsiadowałyśmy z porodówką. Mamy więc „krzyki” z pierwszej ręki.

O, teraz Róże Europy puścili. „Jedwab” oczywiście. Nie wiem, czy mają coś jeszcze znanego.

Wieczorem był obchód. Pytałam, co ze mną. Lekarka mówiła, że w poniedziałek zdecydują – pewnie zrobią usg i jak się mały nie ruszy to będą podłączać kroplówkę. Oby. I oby to poskutkowało. Bo po historiach innych dziewczyn po cesarskim cięciu to można wpaść w histerię. Nie… Kobity na patologii ciąży powinny być od siebie odizolowane tak, żeby się nie mogły ze sobą wcale kontaktować. Bo jak się tak człowiek nasłucha, to nawet najzdrowszej babie przychodzą do głowy czarne myśli. Siła sugestii – piękna sprawa czasami. A jaka czasami niszcząca…

Szpital cz.1 – 30.11.2007

Ale masakra. Jak sobie myślę, że mam opisać cały dzisiejszy dzień tutaj, to zbiera mi się na śmiech.

Poranna wizyta w poradni patologii ciąży nie wniosła do naszego życia nic poza skierowaniem do przyjęcia na oddział patologii ciąży. Lekarz, który mnie tam przyjął, to jakiś dziwak był, delikatnie mówiąc. O dziwo zbadał mnie (bo we wtorek jakoś chyba nie widział potrzeby), ale nic nie powiedział. Pokręcił się po gabinecie (ja cały czas grzecznie siedziałam na krzesełku) i stwierdził, że muszą mnie przyjąć na oddział, mimo że nie ma miejsc.

Poszliśmy z Mariuszem do rejestracji (bo od tego momentu zaczęła się szpitalna biurokracja). Tam pani wypisała jakieś papierki, z którymi odesłała mnie na izbę przyjęć. Na izbie przyjęć kazano mi się przebrać w koszulę i znowu wypełniali jakieś dokumenty. Z tą różnicą, że zmierzyli mi dodatkowo temperaturę i dali do podpisania jakiś kwit, że zgadzam się na to, że w razie śmierci moją dokumentację przekażą Mariuszowi. Ciekawe, czy ciało też by mu przekazali ;)

Potem z panią z izby przyjęć pojechaliśmy na oddział. Tam wylądowałam na dyżurce u położnej, która wypełniała kolejne papierzyska. I zmierzyła mi ciśnienie. Zrobiła też wywiad dotyczący alergii i innych pierdoł (ważnych z punktu widzenia medycyny). Po papierach położnej przyszedł czas na spotkanie ze stażystą, który też robił ze mną jakiś wywiad i zapełniał kolejne arkusze. Szczegół, że sporo pytań powtarzało się z tymi, które zadawała położna. Może sprawdzali moją prawdomówność – czy się nie plączę w zeznaniach ;)

W końcu dostałam łóżko. Ale tylko na chwilę, bo zabrali mnie na ktg. Czy zapis był dobry, tego się nie dowiedziałam, mimo iż spytałam. „Wszystkie wyniki ogląda lekarz” usłyszałam. I tyle.

W tym czasie Misiek pilnował mi łóżka. Jak przyszłam, to już nawet miałam pościel założoną. Ale nie było czym się zachwycać – pościel (głównie prześcieradło, ale nie tylko) jest podarta w trzy dupy. Nie wiem też w jakie słowa ubrać stan stolika nocnego, bo słowo złom wydaje się być zbyt delikatne. Jedzenia nie komentuję, bo to osobny rozdział. W końcu ja dość wybredna jestem, a może innym smakuje. W każdym razie jutro Misiek ma dowieźć mi kanapki, bo po kiepskim obiedzie i chlebie z masłem na kolację czuję pewien niedosyt. I herbatę w termosie mi obiecał, bo tu nie ma czajnika, żeby sobie zaparzyć.

Co do samego oddziału, to rzec można przede wszystkim, że jest przepełniony i zapuszczony. Rozbrajają mnie ubikacje, w których nie można się zamknąć od środka. Chyba będę mieć przez to mega-zatwardzenie, bo nie mogę się tu skupić.

W sali leżę z 2 babkami. Jesteśmy wymieszane – jedna leży z noworodkiem, a my dwie jesteśmy „patologiczne”. Ale na towarzystwo to akurat nie mogę narzekać, bo obydwie są sympatyczne.

Żeby dopełnić lekko „montypythonowską”wizją szpitala dodać warto, że położna prosiła, by Mariusz przywiózł mi jutro termometr, bo mają za mało.

Ech… Nawet się na to wszytko nie denerwuję, bo i tak nic się nie da przecież z tym zrobić. Miśka tylko szlag trafia. Ja to mam wisielczy humor raczej. Chociaż nie – to jest głupawka. Wszystko mnie rozśmiesza na razie. Ciekawe jak długo. Mam nadzieję, że nie będę tu wiekować. Mógłby się wreszcie mały zdeklarować. Bo poznałam tu dziewczynę, która jest już 2 tygodnie po terminie i ciągle chodzi. Oby mnie to nie spotkało…