I kolejny dzień z Mikołajem w brzuchu. Na szczęście nie ze Św.Mikołajem, bo nie wiem, kto by go uniósł i urodził (zwłaszcza tę brodę i worek…prezentów, rzecz jasna ;)). Jesteśmy już dzień po terminie, cały czas czekamy… Generalnie to w każdej chwili może nadejść godzina zero. Ale z drugiej strony to tak już się przyzwyczailiśmy do tego czekania i do obecności brzuszka, że jak ten moment nadejdzie, to chyba nie uwierzymy, że to już :) Tak było choćby wczoraj wieczorem, jak pojawiły się jakieś dziwne bóle – zaczęliśmy się śmiać jak dwa głupole i stwierdziliśmy, że to niemożliwe, i że w ogóle to już jest noc, a w nocy się śpi, a nie rodzi. No i rzeczywiście – po kilku takich bólach okazało się, że to Mikołaj postanowił pofiglować i wtykał kończyny gdzie nie trzeba, doprowadzając mnie momentami do szewskiej pasji.
Dziś od rana postanowiliśmy wziąć sprawę w swoje ręce i spróbować wywołać wilka (to znaczy Mikołajka) z lasu (to znaczy z macicy). Zrobiliśmy rundkę po Parku Południowym, parę ćwiczeń fizycznych (czego dowód jest na fotce), ale jak na razie nic to nie dało…

nadrzewo

Potem poszliśmy pomacać samochody w salonie Citroena, na zupkę i kawkę do knajpki, na zakupy do PiPa (ciągle z nadzieją, że coś się ruszy) i ciągle nic… Mariusz stwierdził, że mam dzisiaj takiego speeda do wszystkiego, że aż mnie nie poznaje. I rzeczywiście – mam dziś w sobie masę energii, nie męczył mnie ani spacer, ani zakupy, ani wspinaczka po schodach… Szok jakiś… Mogłabym dzisiaj rodzić :) Zresztą, to chyba widać, w jakiej jestem kondycji :)

pudzian

No ale cóż… Jak ogólnie wiadomo – nie od nas to zależy kiedy dziecię postanowi wyleźć. Może ma tam jeszcze coś do załatwienia… Z pępowiną, na przykład ;) Oby tylko nie za długo…