Cią­gle nic. Wczo­raj Mydłow­ski stwier­dził, że macica leniwa, bo nawet małego skur­czu nie można na ktg wyła­pać. No ale w sumie to jesz­cze nie w ter­mi­nie… Cho­ciaż prze­cież już mógłby się rodzić.
Z badań wynika, że wszystko jest w porządku. Na usg lekarz mie­rzył obwód brzuszka, żeby mniej wię­cej osza­co­wać wagę małego. No i ma teraz około 3200-3500g. Czyli taki w sam raz do nie za cięż­kiego rodze­nia :) Uło­żony też jest pra­wi­dłowo — pępo­winą nie był wczo­raj owi­nięty wokół szyjki, ale to się może zmie­nić w każ­dej chwili — w zależ­no­ści od har­ców. Nogi ma dłu­gie (cie­kawe, czy zgrabne… jak po mnie, to nie bar­dzo ;)). Prze­pływy przez tęt­nice mózgowe też są ok. Czyli wszystko w nor­mie. Dzi­siaj rano byłam jesz­cze na bada­niach krwi i siuś­ków. No i Mydłoś powie­dział, że jak do ponie­działku mały się nie ruszy z rodze­niem, to po połu­dniu mam wpaść na ktg i do niego — wypi­sze mi skie­ro­wa­nie do szpi­tala celem wywo­ła­nia porodu. Ja mam nadzieję, że nie trzeba będzie wywo­ły­wać. Bo to w sumie dopiero kilka dni po ter­mi­nie będzie. Ale taka decy­zja to już do leka­rza w szpi­talu należy. Naj­wy­żej mnie ode­śle do domu. Albo zostawi na oddziale. Bo tro­chę się boję, że coś pój­dzie nie tak. Nie boję się porodu natu­ral­nego. Raczej się mar­twię tym, że coś może iść nie tak, że trzeba będzie wywo­ły­wać albo coś… No ale Misiek mnie uspo­kaja cały czas, że prze­cież nic się złego na razie nie dzieje, że prze­cież ter­min jest dopiero na jutro i że w sumie to w każ­dej chwili Miko­łaj może zacząć się rodzić. Mam nadzieję. Może się uro­dzi do ponie­działku :) Trzy­maj­cie kciuki! W końcu jestem zdrowa baba ze wsi — nic, tylko dzieci rodzić — więc musi być ok :)