W ubie­głym tygo­dniu przy­je­chała do mnie mama. Bo Misiek sobie poje­chał do Kra­kowa i mnie samą chciał zosta­wić ;( W czwar­tek wie­czor­kiem poszły­śmy na kon­cert SDMu do Impartu. Szcze­rze powiem, że pierw­szą połową kon­certu byłam lekko zała­mana. Na wszyst­kich poprzed­nich kon­cer­tach SDMu było tak, że nowe pio­senki prze­pla­tały się ze sta­rymi prze­bo­jami. Bar­dzo mi to odpo­wia­dało. Tym­cza­sem teraz przez godzinę z hakiem zespół grał po kolei pio­senki tylko z ostat­niej płyty, do tek­stów Rybo­wi­cza. Przy­znam, że byłam tym dość znu­żona. Nie twier­dzę, że pio­senki były kiep­skie, bo nie były. Bar­dzo dużo z nich mi się podo­bało, ale gene­ral­nie są one dość smętne, więc ponad godzinna dawka dużej melan­cho­lii zro­biła swoje. A i reszta publiki chyba nie była tak do końca zachwy­cona, sądząc po reak­cjach ludzi. No, ale wresz­cie zaczęli grać jak stary dobry SDM :) Jed­nym sło­wem — roz­po­czął się nor­malny, wycze­ki­wany kon­cert, zło­żony ze zna­nych — star­szych lub now­szych — hicio­rów :) Oczy­wi­ście od razu wszy­scy zaczęli śpie­wać wraz z zespo­łem. Tak więc ogólna ocena kon­certu pod­sko­czyła do góry. Bo już sie mar­twi­łam, że prze­stanę lubić kon­certy SDMu.

W pią­tek przed połu­dniem ruszy­ły­śmy z mamą na pod­bój Wro­cła­wia. Pogodę mia­ły­śmy po pro­stu rewe­la­cyjną. Zaczę­ły­śmy więc od Sta­rego Rynku, a dokład­niej od małego piwka u Spiża :)

spiz

Potem nawie­dzi­ły­śmy kościół gar­ni­zo­nowy i dalej w stronę Uni­wer­sy­tetu. Pierw­szy raz weszłam do środka. Kupi­ły­śmy bile­ciki i zwie­dzi­ły­śmy Aulę Leopol­dyń­ską oraz Salę Muzyczną. Coś pięk­nego. Naprawdę, jeśli będzie­cie kie­dyś we Wro­cła­wiu to pójdź­cie obej­rzeć Aulę. Warto!

aula

Z Uni­werku ruszy­ły­śmy w stronę Osso­li­neum, a potem na obia­dek do Kur­nej Chaty. Oczy­wi­ście na słynne radziec­kie pie­rogi :) Bar­dzo mamie smakowały :)

No i tyle by było z tych odwie­dzin, bo po obiadku odwio­złam mamę na dwo­rzec i poje­chała sobie w kie­runku Kościana :)