Matko, ale dziś śpiący dzień… Masakra po prostu! Za oknem szaro, zimno… Bleee… Żeby tak chociaż śnieg spadł, to by jakieś urozmaicenie było…

Właśnie się zastanawiam, co tu miałam napisać… Aaa, już wiem – że w sobotę nie byłam na zajęciach. Bo się pochorowałam. (Michu mnie zaraził, ale głośno tego nie mówię, bo się będzie oburzał ;)) W piątek nawet wyjechaliśmy z domu – mieliśmy jechać do Gniezna. Postaliśmy 1,5h w korku (odległość od domu wynosiła tak naprawdę około 20 minut), ja zaczęłam zdychać w samochodzie i Mariusz zawrócił. I dobrze, że zawrócił, bo potem przez następne 2 dni leżałam plackiem. Co prawda temperatury wysokiej nie miałam, ale czułam się jakby po mnie walec drogowy przejechał.

W czwartek i piątek zostaję sama w domu. Misiek jedzie do Krakowa na konferencję i mnie zostawia ;( Ale mam nadzieję, że nudzić się nie będę – w czwartek jest przecież koncert SDMu w Imparcie, a ja mam na niego bilet. Szczerze mówiąc – mam dwa bilety, bo najpierw kupiliśmy, a potem nam się przypomniało, że Mariusz wtedy wyjeżdża. Ale mówi się trudno – pójdę sama :)
Zaraz się chyba z powrotem wpakuję do łóżka. Spać mi się chce ciągle. Nie ma co się męczyć przy tym monitorze.