Wczo­raj zali­czy­łam kolejną wizytę w Medi­con­cep­cie. Położna pod­łą­czyła mnie do ktg (dla nie wta­jem­ni­czo­nych — taka maszynka, która przez kilka minut bada rytm serca dzi­dziu­sia i spraw­dza skur­cze macicy). Oka­zało się, że wszystko ok. To już 32 tydzień ciąży — jesz­cze z 6 tygo­dni i można zacząć rodzić :)
Co do badań lekar­skich to dr Mydłow­ski powie­dział wczo­raj, że skró­ciła się szyjka macicy. Stwier­dził, że to na razie nic groź­nego, ale mam się “oszczę­dzać” i zacząć “cho­dzić dostoj­nie jak kobieta w ciąży” :) Gene­ral­nie mam nie dźwi­gać i dużo odpo­czy­wać :) No, czyli tak, jak robię cały czas ;)

Żadnych nowych fotek Miko­łaja nie mam, bo umó­wi­li­śmy się na ponie­dzia­łek na usg trój­wy­mia­rowe z zapi­sem na płytkę. Może się coś z tego uda poka­zać w blogu. Ale nie wiem, tym się będzie musiał zająć Mariusz raczej, bo ja się nie znam.

Przed­wczo­raj udało mi się kupić fajny szla­frok — już z myślą o szpi­talu. Piszę “udało mi się”, bo już od dawna się z Miś­kiem roz­glą­da­li­śmy za czymś sen­sow­nym i albo były super dro­gie, albo tanie ale kiep­skie jako­ściowo. A ten nie był zbyt drogi i do tego bar­dzo, bar­dzo milutki :) Mariusz, do mówie­nia do mnie “Miśku” dorzuca jesz­cze “plu­szowy”, bo szla­fro­czek plu­szowy jest :)

We wto­rek wybra­łam się też sama do kina. Sama, bo seans był w godzi­nach wczesno-popołudniowych, a do tego film był z gatunku takich, któ­rych Mariusz nie lubi — do bólu roman­tyczny :) “Zako­chana Jane” — taka bio­gra­fia Jane Austen. Śliczny był, pole­cam wszyst­kim kobietkom :)

Cią­gle szu­kamy wózka.… Masa­kra… Niby zna­leź­li­śmy ideał, ale musimy go jesz­cze gdzieś obej­rzeć. Mam nadzieję, że uda się w przy­szłym tygodniu.

A! Od soboty mamy ślicz­nie zawie­szone półeczki w pokoju i poko­iku :) Udało nam się nawet poukła­dać wszystko na tych półecz­kach i meblo­ściance. Z mebel­ków zostało nam jesz­cze kupie­nie półek na płyty cd, dywa­nik do poko­iku i lampki nocne. No i firanki z Puchatkiem :)

Wczo­raj dosta­łam przed­wcze­sne pre­zenty uro­dzi­nowe od Miśka :) Trzy super ksią­żeczki — “Język nie­mow­ląt” Tracy Hogg, “Sekrety mistrza foto­gra­fii cyfro­wej” Scotta Kelby’ego oraz “Gringo wśród dzi­kich ple­mion” Woj­cie­cha Cej­row­skiego. Tę ostat­nią zaczę­łam już czy­tać — świetna :) Dziękuję :)

Na ostat­nich zaję­ciach w szkole rodze­nia mie­li­śmy “par­cie mar­ko­wane”. Każda z nas kła­dła się w pozy­cji jak do porodu, obok sia­dał mał­żo­nek, położna przy nogach i uczy­ły­śmy się przeć. Naj­pierw parę głę­bo­kich powol­nych odde­chów prze­po­no­wych jak pod­czas skur­czu, po czym trzeba było nabrać powie­trza, wstrzy­mać je i przeć. Oczy­wi­ście my nie par­ły­śmy na serio, bo nie wolno — jesz­cze by któ­raś tam zaczęła rodzić. Ale cho­dziło o wyro­bie­nie umie­jęt­no­ści oddy­cha­nia pod­czas skur­czu i par­cia i o szybką zmianę powie­trza w prze­po­nie pod­czas skur­czu. Tro­chę skom­pli­ko­wa­nie to opi­sa­łam, ale mam nadzieję, że zro­zu­mie­cie. Jeśli nie — trudno :)
A jeśli cho­dzi i to par­cie, to Misiek był ze mnie dumny, bo tak super mi poszło, że aż położna była zasko­czona i pochwa­liła :) A to wszystko tak naprawdę dzięki Mariu­szowi. Bo bar­dzo pomo­gło mi w tym nur­ko­wa­nie, któ­rego uczył mnie na base­nie :) Ech… żeby tylko tak łatwo poszło przy porodzie :)

Jutro jedziemy do Szcze­cina na week­end. Już nie mogę się docze­kać. A więc następny wpis w przy­szłym tygo­dniu z rela­cją z wyjazdu :)