Wczoraj rozpoczęliśmy zajęcia w szkole rodzenia. Co prawda grupa spotyka się już od kilku tygodni, ale pani Jola – położna prowadząca szkołę – pozwoliła nam na dopisanie się teraz i nadrobienie zaległych lekcji z następną grupą. Po prostu trochę przespaliśmy termin rozpoczęcia zajęć. Spotkania trwają 2 miesiące, 2 razy w tygodniu po 2 godziny. Gdybyśmy chcieli zacząć
zajęcia z następną grupą raczej nie zdążylibyśmy przed porodem. A jak się okazuje, w wielu szpitalach jest wymagany papier ze szkoły rodzenia, gdy się chce przejść poród rodzinny. Dobrze, że choć tak nam się udało :)

Pierwsze spotkanie zrobiło na nas dobre wrażenie. To znaczy – mam tu na myśli spotkanie z panią Jolą i uczestniczącymi w kursie rodzicami. Sala dydaktyczna wydaje się być dobrze wyposażona, choć osobiście zmieniłabym tam krzesła na coś bardziej miękkiego – po dwóch godzinach siedzenia bolał mnie tradycyjnie lewy półżytek ;)

Otrzymaliśmy trochę materiałów dydaktycznych do poczytania w domu i płytę z filmem o ciąży i porodzie do obejrzenia. Potem zaczęliśmy zajęcia z oddychania. Ponieważ dziewczyny już ćwiczyły oddychanie przeponowe wcześniej, musiałam trochę nadrobić zaległości. Ale chyba poszło mi nie najgorzej :)

Potem zaczęły się zajęcia, które można nazwać porażką. Miała je prowadzić pani psycholog, nie znam nazwiska (może nawet dobrze, bo jeszcze bym jej karierę zniszczyła przypadkiem ;)) W swoim życiu spotkałam już sporą ilość psychologów i muszę przyznać, że owa pani mogłaby być pokazywana jako obiekt patologiczny tej grupy zawodowej. Pomijam fakt, że pani była cały czas strasznie zestresowana, mówiła cicho i niepewnie, jakby się nas bojąc. Do tego wszystkiego okazała się kompletnie nieprzygotowana pod względem merytorycznym, co wyszło już na samym początku spotkania. Kurde, jak się człowiek podejmuje prowadzenia jakichś warsztatów (tak to owa pani nazwała), to niech chociaż potrafi ściemnić tak, żeby człowiek się nie pokapował. Nie wspominając już o tym, że przecież normalne jest, iż nawet fachowiec nie musi wiedzieć wszystkiego, i że wystarczy powiedzieć, że w tej chwili nie posiada wystarczającej wiedzy na ten temat, ale na następne zajęcia udzieli odpowiedzi. Ale to widać było za trudne dla pani psycholog. Plątała się strasznie w wypowiedziach. Nie była w stanie wprost odpowiadać na naprawdę proste pytania mam. Poza tym wzbudziła w pewnym sensie atmosferę stresu. Ponieważ tematem dyskusji była depresja poporodowa, pani generalnie roztoczyła wizję, że mamy się nie przejmować, bo to wszystko jest tak trudne (znaczy się opieka nad dzieckiem, pogodzenie roli matki i żony, czy też taty i ojca), że może się nie udać. Nastawienie „cokolwiek byście robili i tak będzie ciężko” było tak budujące, że szlag by trafił. No i jeszcze wspaniały był tekst na końcu – Gdybyście kiedykolwiek miały halucynacje, przywidzenia, to trzeba zgłosić się do psychiatry. Tego już było za wiele. Dziewczyny wystraszone spytały, czy to się zdarza w depresji poporodowej. Pani odpowiedziała, że nie wie. No więc po co, do jasnej choinki, gada takie rzeczy?!
Żenujące też było, że pani okazała się zupełnie zielona w dziedzinie psychologi rozwojowej. Szczerze mogę przyznać, że po zajęciach z rozwojówki na moich studiach wiedziałam więcej, mimo że nie przykładałam się nigdy do tego przedmiotu. Na kilka pytań to ja udzieliłam odpowiedzi, bo pani kiwała głową, że nie wie, lub też zaczynała wciskać kity, że to nie wiadomo, bo nie ma reguły, że to jest indywidualna sprawa itd. Jezu, naprawdę nie wiem, po co ta kobieta tam przyszła. Mariusz stwierdził, że ona sama nadaje się na terapię.

Poza tym pani chyba jest bardzo niechętna korzystaniu z dorobku współczesnej psychologii amerykańskiej jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. Generalnie, mimo że młoda była, zalatywała mocherem i Rydzykiem. Twierdziła, że najlepiej jest czerpać z wiedzy naszych matek i babć. No dobra, nie umniejszam roli wychowawczej naszych przodkiń oraz ich wiedzy i mądrości życiowej – ale – sorry – sporo się zmieniło w kulturze i społeczeństwie od 25, 30 lat, kiedy one były matkami małych dzieci. I niektóre (pewnie nawet wiele) metody są już z lekka przestarzałe. A niektóre pewnie były zwyczajnie błędne, no i nic w tym dziwnego. Teraz też nie ma złotej metody wychowawczej, zależy to przecież od wielu różnych czynników. Ale nie znaczy to, że nie warto szukać, czytać, pytać tych, którzy w obecnych czasach wychowują dzieci!

Wiecie, nawet jak to piszę dzień po tym spotkaniu, jeszcze jestem zdenerwowana. Całe szczęście, że jutro będzie spotkanie tylko z panią Jolą. To jest naprawdę świetny człowiek i dobry fachowiec.

A tak w ogóle, to jeśli chcecie bliżej zapoznać się z naszą szkołą rodzenia to możecie sobie zajrzeć na jej stronkę.

Cóż poza tym? Zaczęłam wyrastać z butów. Te, które nadają się na zimniejsze dni są już po prostu za ciasne :( Przedwczoraj przeszliśmy z Miśkiem szereg sklepów w poszukiwaniu jakichś wygodnych, ale, niestety, nie dało rady takowych znaleźć. Za to kupiliśmy fajne sztruksy, bo spodnie też zostały mi tylko cienkie, na lato. Więc odkopałam moje czarne Reeboki, poluzowałam sznurówki i okazało się to całkiem rozsądnym pomysłem.

Tyle na dziś. Do przeczytania następnym razem :)