fuck

No, tośmy się pobrali :) W USC impreza trwała dokład­nie 11 minut. Bez­na­miętne to i tre­ściwe. No i dobrze nawet, bo na prze­ży­cia
duchowe i wzru­sze­nia to się szy­ku­jemy raczej przy oka­zji ślubu kościel­nego :) Przy­sięga poszła nam ładnie, tylko z nakła­da­niem obrą­czek był mały kło­pot. Mariusz po pro­stu chciał nało­żyć mi swoją. Roz­mia­rem to ona może by i paso­wała, ale na palu­cha u nogi ;) Z Pałacu Ślubów (ach, jak dum­nie to brzmi, a jak mier­nie wygląda) ruszy­li­śmy na Stary Rynek, bo mie­li­śmy zare­zer­wo­wany sto­lik Pod Zło­tym Psem. Tu nad­szedł czas, by wymie­nić naszych ślub­nych gości :) Tak więc obec­no­ścią swoją zaszczy­cili nas: Rodzice Mariu­sza, Jolka, moja Mama, Monika, Bar­tek i Anto­sia. Za co ser­decz­nie wszyst­kim po raz kolejny dziękujemy :)

Restau­ra­cja spi­sała się bar­dzo dobrze. Wszy­scy byli bar­dzo zado­wo­leni z jedzonka, które dostali. Przy­znam szcze­rze, że nam ulżyło z tego powodu, bo nie­ła­two tra­fić w gust pod­nie­bień tylu osób.

Po obiadku i deserku poszli­śmy jesz­cze do Spiża, bo rodzinki nasze chciały zaopa­trzyć się w miej­scowe piwko. Wyszło na to, że nasz ślub stał się dobrym pre­tek­stem do odwie­dzin Wro­cła­wia i chmie­lo­wych zaku­pów ;) Potem zje­cha­li­śmy do domku i powoli goście zaczęli sie roz­jeż­dżać każdy w swoją stronę (czyli w sumie w dwie — do Pozna­nia i do Głu­chowa) :) My, wypom­po­wani, padli­śmy na łóżku. Noc poślubną prze­ło­ży­li­śmy na inny termin ;)

Musimy się jesz­cze pochwa­lić pre­zen­tami ślub­nymi. Bo oczy­wi­ście, mimo naszych zakli­nań, że żadnych pre­zen­tów nie chcemy widzieć, dosta­li­śmy ich furę, jak na tak nie­wielką liczbę gości :) I tak nasze gospo­dar­stwo domowe wzbo­ga­ciło się o: piękną szklaną paterę na owoce/ciasto, kom­plet sztuć­ców Ger­lach na 12 osób, kom­plet por­ce­lany Ćmie­lów (ser­wis do kawy na 12 osób, w stylu mię­dzy­wo­jen­nym), gotówkę i kwiatki. No…i jesz­cze jedna rzecz…Choć w sumie to nie rzecz, lecz już domow­nik. A może nawet i kochanka ;) Bo Mariusz dostał wyma­rzony apa­rat foto­gra­ficzny — lustrzankę cyfrową Canon EOS30D! :) I do tego full wypas obiek­tyw Canon EF 50 f/1.4 USM. Nie wiem co wam mówią te wszyst­kie nazwy. Mi coś tam już mówią (jak mi Mał­żo­nek wytłu­ma­czył), ale zro­zu­miem, jak stwier­dzi­cie, że nie­wiele to wnosi do waszego życia i pomi­nie­cie ten kawa­łek :) W każ­dym razie apa­rat teraz jest piesz­czony na wszel­kie spo­soby (w związku z czym noc poślubna cią­gle się opóź­nia ;)) Ale nie narze­kam, bo dzięki temu Misiek zro­bił mi już parę ładnych fotek, a zanosi się na wię­cej. No i łatwiej go teraz z domu na spa­cerki wycią­gać, bo kusi go per­spek­tywa zabra­nia apa­ratu na mia­sto i strze­la­nia fotek :) Oj, no nabi­jam się tro­chę, ale w końcu takie moje prawo, co nie? A tak szcze­rze, to gęba mi się uśmie­cha jak widzę zado­wo­lo­nego Miśka, który z bły­skiem oka odkrywa coraz to nowe gadżety w swoim apa­ra­cie. No i fakt jest też taki, że ja też biorę owego Canona do ręki i się nim bawię — a frajda z tego jest rze­czy­wi­ście niezmierna :)

Tutaj może­cie obej­rzeć wię­cej zdjęć z naszego ślubu. Zapraszamy!

Pra­gniemy jesz­cze podzię­ko­wać wszyst­kim, któ­rzy myślami byli przy nas w dniu naszego ślubu, i któ­rzy te myśli wyra­zili w postaci kar­te­czek, tele­gra­mów i smsów. Dzięki raz jeszcze! :)