Jeszcze z 6 tygodni :)

Wczoraj zaliczyłam kolejną wizytę w Mediconcepcie. Położna podłączyła mnie do ktg (dla nie wtajemniczonych – taka maszynka, która przez kilka minut bada rytm serca dzidziusia i sprawdza skurcze macicy). Okazało się, że wszystko ok. To już 32 tydzień ciąży – jeszcze z 6 tygodni i można zacząć rodzić :)
Co do badań lekarskich to dr Mydłowski powiedział wczoraj, że skróciła się szyjka macicy. Stwierdził, że to na razie nic groźnego, ale mam się „oszczędzać” i zacząć „chodzić dostojnie jak kobieta w ciąży” :) Generalnie mam nie dźwigać i dużo odpoczywać :) No, czyli tak, jak robię cały czas ;)

Żadnych nowych fotek Mikołaja nie mam, bo umówiliśmy się na poniedziałek na usg trójwymiarowe z zapisem na płytkę. Może się coś z tego uda pokazać w blogu. Ale nie wiem, tym się będzie musiał zająć Mariusz raczej, bo ja się nie znam.

Przedwczoraj udało mi się kupić fajny szlafrok – już z myślą o szpitalu. Piszę „udało mi się”, bo już od dawna się z Miśkiem rozglądaliśmy za czymś sensownym i albo były super drogie, albo tanie ale kiepskie jakościowo. A ten nie był zbyt drogi i do tego bardzo, bardzo milutki :) Mariusz, do mówienia do mnie „Miśku” dorzuca jeszcze „pluszowy”, bo szlafroczek pluszowy jest :)

We wtorek wybrałam się też sama do kina. Sama, bo seans był w godzinach wczesno-popołudniowych, a do tego film był z gatunku takich, których Mariusz nie lubi – do bólu romantyczny :) „Zakochana Jane” – taka biografia Jane Austen. Śliczny był, polecam wszystkim kobietkom :)

Ciągle szukamy wózka…. Masakra… Niby znaleźliśmy ideał, ale musimy go jeszcze gdzieś obejrzeć. Mam nadzieję, że uda się w przyszłym tygodniu.

A! Od soboty mamy ślicznie zawieszone półeczki w pokoju i pokoiku :) Udało nam się nawet poukładać wszystko na tych półeczkach i meblościance. Z mebelków zostało nam jeszcze kupienie półek na płyty cd, dywanik do pokoiku i lampki nocne. No i firanki z Puchatkiem :)

Wczoraj dostałam przedwczesne prezenty urodzinowe od Miśka :) Trzy super książeczki – „Język niemowląt” Tracy Hogg, „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej” Scotta Kelby’ego oraz „Gringo wśród dzikich plemion” Wojciecha Cejrowskiego. Tę ostatnią zaczęłam już czytać – świetna :) Dziękuję :)

Na ostatnich zajęciach w szkole rodzenia mieliśmy „parcie markowane”. Każda z nas kładła się w pozycji jak do porodu, obok siadał małżonek, położna przy nogach i uczyłyśmy się przeć. Najpierw parę głębokich powolnych oddechów przeponowych jak podczas skurczu, po czym trzeba było nabrać powietrza, wstrzymać je i przeć. Oczywiście my nie parłyśmy na serio, bo nie wolno – jeszcze by któraś tam zaczęła rodzić. Ale chodziło o wyrobienie umiejętności oddychania podczas skurczu i parcia i o szybką zmianę powietrza w przeponie podczas skurczu. Trochę skomplikowanie to opisałam, ale mam nadzieję, że zrozumiecie. Jeśli nie – trudno :)
A jeśli chodzi i to parcie, to Misiek był ze mnie dumny, bo tak super mi poszło, że aż położna była zaskoczona i pochwaliła :) A to wszystko tak naprawdę dzięki Mariuszowi. Bo bardzo pomogło mi w tym nurkowanie, którego uczył mnie na basenie :) Ech… żeby tylko tak łatwo poszło przy porodzie :)

Jutro jedziemy do Szczecina na weekend. Już nie mogę się doczekać. A więc następny wpis w przyszłym tygodniu z relacją z wyjazdu :)

Przedporodowe koszmary nocne ;)

Ech, nie sądziłam, że psychiczne przygotowanie do rodzenia może być takie trudne. Ale stres mam chyba makabryczny, bo od tygodnia nie zdarzyło mi się przespać ciurkiem całej nocy :( I to nie dlatego, że Mikołaj mnie budzi kopami w żebra, ale właśnie dlatego, że mam jakieś dziwaczne sny. Dzisiaj się obudziłam o 2.30 bo mi się śniło, że już rodzę. I tak co noc. Tylko, że sny się zmieniają. Czasem mi się śni, ze rodzę, czasem, że robię jakieś zakupy wyprawkowe. Zwariować można. Do tego jeszcze po obejrzeniu jakiegoś programu w tvn24 śniła mi się Jola Kwaśniewska (że jest w ciąży oczywiście) i J.M.Rokita. Potem mi się śniło, że Mariusz popłynął gdzieś jakąś łódką w nocy i rano go znalazłam, jak obierał ryby z rybkami. Masssakra po prostu.
A co do Mariusza, to on też mi dziś w nocy nie ułatwiał spania ;) Najpierw mnie przez sen głaskał po policzku, a potem łaskotał palcami od nóg w stopy. Rano nic nie pamiętał, rzecz jasna :)

W te nieprzespane noce przynajmniej nadrabiam czytanie książek. Jak tak człowiek sobie dwie godziny w nocy poczyta, to się potem lepiej zasypia ;) Chociaż, jakby nie było, wolałabym spać całą noc a poczytać sobie w dzień. Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

Ale generalnie, to stresujemy się obydwoje. Tylko, że z innych nieco powodów. Ja denerwuję się porodem, a Mariusz bardziej tym, że takiego maluszka będziemy mieli w domu i czy sobie dobrze poradzimy :) Chociaż, mimo stresu, czekamy bardzo obydwoje :) Wczoraj w szkole rodzenia mieliśmy zajęcia o pierwszych godzinach i dniach po porodzie. I pani Jola opowiadała o tym, że przez pierwsze dwie godziny maleństwo zostaje na sali porodowej z rodzicami. I że wtedy jest czas, żeby nawiązać pierwszy kontakt, poprzytulać itd. I że to jest chwila, na którą każda z mam czekała całe 9 miesięcy. No i ma rację. Bo ja też bardzo czekam na ten moment :) Ta szkoła rodzenia to naprawdę błogosławieństwo!

A właśnie, jeśli chodzi o szkołę, to wczoraj mieliśmy pół godziny gimnastyki. Oczywiście tatusiowie pomagali :) A potem uczyli się masować plecy mamuś :) Nie powiem, milutkie to było :) Generalnie to śmiechu było na tych zajęciach wiele. Wszyscy tam przychodzą odreagować chyba. I głupawka nas tam łapie. Ale to dobrze, bo przynajmniej można pogadać z ludźmi, którzy jadą na tym samym wózku :)

Kupujemy wyprawkę

Wczoraj zrobiliśmy wieeelkie zakupy dla naszego maluszka. Dokupiliśmy między innymi troszkę nowych ubranek (na przykład śliczny kombinezon w kolorze błękitnym). Poza tym sporo rzeczy codziennego, bobasowego użytku – przewijak, wanienkę, rożek, nożyczki do paznokci, patyczki do uszu, szczotkę do włosów, gruszkę do nochalka i butelki. Fajnie to wszystko wygląda poukładane w pokoiku.
Ubranka już wyprałam, wyprasowałam i poukładałam w komodzie. Czekają na swojego małego użytkownika :) Najbardziej rozbrajające są małe skarpetki, czapeczki oraz rękawiczki, tzw. łapki-niedrapki. O tych rękawiczkach dowiedziałam się od Izy W., bo nawet nie sądziłam, że coś takiego istnieje. Dla równie niezorientowanych wyjaśnię, że to takie maleńkie, cienkie rękawiczki, które zakłada się maluszkowi, żeby się nie podrapał swoimi długimi pazurkami. Okazało się, że mamy je też na liście od położnej z rzeczami, które trzeba zabrać do szpitala. Bo obciąć paznokcie maluchowi można podobno dopiero w domu, a rodzi się zazwyczaj z długaśkimi.
W ogóle świetne były te zakupy :) Poszło nam nadzwyczaj sprawnie, bo mieliśmy wcześniej przygotowaną listę. W sumie większość kupiliśmy w Baby-Max. Byliśmy tam w sobotę, by wiedzieć mniej-więcej jakie są ceny. Wczoraj natomiast pojechaliśmy do Pasażu Grunwaldzkiego, tak dla porównania, bo kojarzyliśmy, że tam też jest sporo sklepów dzieciaczkowych. Ale ograniczyliśmy się tylko do rożka i kilku ciuszków w Smyku, bo w Dziecięcej Krainie ceny były takie, że szkoda gadać. Resztę kupiliśmy w B-M.
Jeszcze troszkę rzeczy nam brakuje. Głównie takich apteczno-drogeryjnych. I laktator musimy kupić. Ale o tym chcemy jutro pogadać z położną, może coś konkretnego doradzi. Stwierdziliśmy, że w razie sytuacji awaryjnej reszta zakupów jest taka, że Mariusz by sobie spokojnie sam z nią poradził.
No i wózek jeszcze nas czeka. Oglądaliśmy ich trochę wczoraj i przedwczoraj, ale trudno się na coś konkretnego zdecydować. Nie mamy jeszcze żadnego faworyta. Ale ten zakup chyba będziemy robić w październiku, więc jeszcze trochę czasu jest.

W sobotę zaczęłam zajęcia na Uczelni. Plan nie jest taki zły. W sumie, to jak będę rodzić i dochodzić do siebie minie mnie jakieś 4-5 zjazdów. Czyli bez tragedii. Większość przedmiotów przepadnie mi tylko 1 raz. A plan, o dziwo, jest nawet znośny.

Aha, zapomniałam napisać, że półki do pokoju i pokoiku zamówiliśmy wczoraj w BRW. W sobotę będziemy montować :) I znowu krok do przodu w urządzaniu pokoiku. Jak zawisną półki, to wreszcie będę mogła pomalować szablony na ścianach :)

Szkoła rodzenia

Wczoraj rozpoczęliśmy zajęcia w szkole rodzenia. Co prawda grupa spotyka się już od kilku tygodni, ale pani Jola – położna prowadząca szkołę – pozwoliła nam na dopisanie się teraz i nadrobienie zaległych lekcji z następną grupą. Po prostu trochę przespaliśmy termin rozpoczęcia zajęć. Spotkania trwają 2 miesiące, 2 razy w tygodniu po 2 godziny. Gdybyśmy chcieli zacząć
zajęcia z następną grupą raczej nie zdążylibyśmy przed porodem. A jak się okazuje, w wielu szpitalach jest wymagany papier ze szkoły rodzenia, gdy się chce przejść poród rodzinny. Dobrze, że choć tak nam się udało :)

Pierwsze spotkanie zrobiło na nas dobre wrażenie. To znaczy – mam tu na myśli spotkanie z panią Jolą i uczestniczącymi w kursie rodzicami. Sala dydaktyczna wydaje się być dobrze wyposażona, choć osobiście zmieniłabym tam krzesła na coś bardziej miękkiego – po dwóch godzinach siedzenia bolał mnie tradycyjnie lewy półżytek ;)

Otrzymaliśmy trochę materiałów dydaktycznych do poczytania w domu i płytę z filmem o ciąży i porodzie do obejrzenia. Potem zaczęliśmy zajęcia z oddychania. Ponieważ dziewczyny już ćwiczyły oddychanie przeponowe wcześniej, musiałam trochę nadrobić zaległości. Ale chyba poszło mi nie najgorzej :)

Potem zaczęły się zajęcia, które można nazwać porażką. Miała je prowadzić pani psycholog, nie znam nazwiska (może nawet dobrze, bo jeszcze bym jej karierę zniszczyła przypadkiem ;)) W swoim życiu spotkałam już sporą ilość psychologów i muszę przyznać, że owa pani mogłaby być pokazywana jako obiekt patologiczny tej grupy zawodowej. Pomijam fakt, że pani była cały czas strasznie zestresowana, mówiła cicho i niepewnie, jakby się nas bojąc. Do tego wszystkiego okazała się kompletnie nieprzygotowana pod względem merytorycznym, co wyszło już na samym początku spotkania. Kurde, jak się człowiek podejmuje prowadzenia jakichś warsztatów (tak to owa pani nazwała), to niech chociaż potrafi ściemnić tak, żeby człowiek się nie pokapował. Nie wspominając już o tym, że przecież normalne jest, iż nawet fachowiec nie musi wiedzieć wszystkiego, i że wystarczy powiedzieć, że w tej chwili nie posiada wystarczającej wiedzy na ten temat, ale na następne zajęcia udzieli odpowiedzi. Ale to widać było za trudne dla pani psycholog. Plątała się strasznie w wypowiedziach. Nie była w stanie wprost odpowiadać na naprawdę proste pytania mam. Poza tym wzbudziła w pewnym sensie atmosferę stresu. Ponieważ tematem dyskusji była depresja poporodowa, pani generalnie roztoczyła wizję, że mamy się nie przejmować, bo to wszystko jest tak trudne (znaczy się opieka nad dzieckiem, pogodzenie roli matki i żony, czy też taty i ojca), że może się nie udać. Nastawienie „cokolwiek byście robili i tak będzie ciężko” było tak budujące, że szlag by trafił. No i jeszcze wspaniały był tekst na końcu – Gdybyście kiedykolwiek miały halucynacje, przywidzenia, to trzeba zgłosić się do psychiatry. Tego już było za wiele. Dziewczyny wystraszone spytały, czy to się zdarza w depresji poporodowej. Pani odpowiedziała, że nie wie. No więc po co, do jasnej choinki, gada takie rzeczy?!
Żenujące też było, że pani okazała się zupełnie zielona w dziedzinie psychologi rozwojowej. Szczerze mogę przyznać, że po zajęciach z rozwojówki na moich studiach wiedziałam więcej, mimo że nie przykładałam się nigdy do tego przedmiotu. Na kilka pytań to ja udzieliłam odpowiedzi, bo pani kiwała głową, że nie wie, lub też zaczynała wciskać kity, że to nie wiadomo, bo nie ma reguły, że to jest indywidualna sprawa itd. Jezu, naprawdę nie wiem, po co ta kobieta tam przyszła. Mariusz stwierdził, że ona sama nadaje się na terapię.

Poza tym pani chyba jest bardzo niechętna korzystaniu z dorobku współczesnej psychologii amerykańskiej jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. Generalnie, mimo że młoda była, zalatywała mocherem i Rydzykiem. Twierdziła, że najlepiej jest czerpać z wiedzy naszych matek i babć. No dobra, nie umniejszam roli wychowawczej naszych przodkiń oraz ich wiedzy i mądrości życiowej – ale – sorry – sporo się zmieniło w kulturze i społeczeństwie od 25, 30 lat, kiedy one były matkami małych dzieci. I niektóre (pewnie nawet wiele) metody są już z lekka przestarzałe. A niektóre pewnie były zwyczajnie błędne, no i nic w tym dziwnego. Teraz też nie ma złotej metody wychowawczej, zależy to przecież od wielu różnych czynników. Ale nie znaczy to, że nie warto szukać, czytać, pytać tych, którzy w obecnych czasach wychowują dzieci!

Wiecie, nawet jak to piszę dzień po tym spotkaniu, jeszcze jestem zdenerwowana. Całe szczęście, że jutro będzie spotkanie tylko z panią Jolą. To jest naprawdę świetny człowiek i dobry fachowiec.

A tak w ogóle, to jeśli chcecie bliżej zapoznać się z naszą szkołą rodzenia to możecie sobie zajrzeć na jej stronkę.

Cóż poza tym? Zaczęłam wyrastać z butów. Te, które nadają się na zimniejsze dni są już po prostu za ciasne :( Przedwczoraj przeszliśmy z Miśkiem szereg sklepów w poszukiwaniu jakichś wygodnych, ale, niestety, nie dało rady takowych znaleźć. Za to kupiliśmy fajne sztruksy, bo spodnie też zostały mi tylko cienkie, na lato. Więc odkopałam moje czarne Reeboki, poluzowałam sznurówki i okazało się to całkiem rozsądnym pomysłem.

Tyle na dziś. Do przeczytania następnym razem :)

Szwędactwo niedzielne

W niedzielę poszwędaliśmy się troszkę po mieście. Nie za wiele, ale Misiek narobił sporo ciekawych zdjęć. Wyszedł z tego taki lekki reportaż, bo akurat w tych dniach we Wrocławiu odbywał się Międzynarodowy Festiwal Sztuki Ulicznej BuskerBus. Z tej okazji można było posłuchać i pooglądać wielu bardziej i mniej ciekawych grup lub solistów. Mariusz wszystko starannie starał się uwiecznić na karcie pamięci ;)

bacik

Mnie osobiście najbardziej podobał się ten oto Człowiek-Orkiestra. Prawda, że miło się uśmiecha?

Ale nasze szwędactwo nie ograniczyło się tylko do Rynku. Zahaczyliśmy nawet o Świdnicką ;) A tak na serio, to udało nam się namierzyć kolejnych Krasnoludów Wrocławskich. Jeden – Słupnik – dał się nawet sfotografować.

slupnik

Nie obyło się też bez dobrego obiadku i kawki w Pożegnaniu z Afryką. Taki sobie leniwy dzień zrobiliśmy z okazji wejścia w związek małżeński :)
Za to poniedziałek i wtorek mieliśmy bardzo pracowite. Po pierwsze dlatego, że musieliśmy pojechać do Czempinia do Urzędu Miasta i Gminy, żeby mnie wymeldować z Głuchowa. Ta wyprawa zajęła nam cały dzień, bo po drodze udało nam się wstąpić na naszą ulubioną myjnię w Jasieniu i wypucować autko.
A we wtorek od samego rana zrobiliśmy najpierw nalot na Mediconcept (no bo rutynowo trzeba było dać sobie spuścić krew i zostawić pudełko z siuśkami), po czym, po odstaniu dłuższego czasu we wrocławskich korkach, dotarliśmy do Centrum Obsługi Mieszkańca. Bo Misiek postanowił swoją żonkę zameldować. No i poza tym dokumenty musiałam powymieniać – dowód i prawo jazdy. Małżonek czcigodny śmieje się, że teraz to już ma przegwizdane, bo kobietę w ciąży wymeldować to przegrana sprawa ;)

Przy okazji załatwiania spraw na mieście dotarliśmy do Pasażu Grunwaldzkiego na niewielkie zakupy. Zahaczyliśmy też o kino – film „Twarda sztuka”. Mnie się bardzo podobał, spłakałam się na końcu niczym bóbr (choć to żadna nowość, bo przez te durne hormony to ja teraz mogę pięć razy dziennie płakać, nawet na M jak Miłość ;)). Miśkowi się chyba trochę nudziło, ale jakoś dał radę. Za to w niedzielę byliśmy na „Na fali”. Szczerze mówiąc, po zajawkach, nie spodziewaliśmy się niczego szczególnego, ale naprawdę bajka warta obejrzenia. Też płakaliśmy, ale tym razem ze śmiechu. Obejrzyjcie przy okazji :)

No i tyle na dziś. Pooglądajcie sobie pozostałe zdjęcia z Festiwalu w Galerii.

1300 gramów :)

Wczoraj odwiedziliśmy dra Mydłowskiego. Z badań wynika, że wszystko ok – zarówno z Mikołajkiem, jak i ze mną. Jedynie do okulisty muszę iść, bo ostatnio pojawiły się problemy z widzeniem. Jakieś mroczki mi się utrzymują przed oczami i generalnie wtedy nie widzę nic z lewej strony. A potem od razu głowa bardzo zaczyna boleć. Zobaczymy, co na to okulista. Umówiłam się na jutro na 18. Mydłowski powiedział, że jeśli okulista nic nie znajdzie, to w następnej kolejności trzeba wybrać się do neurologa.

Doktor zrobił oczywiście USG. I w związku z tym możecie sobie obejrzeć parę nowych fotek naszego Maleństwa :)

Oto krótki opis pierwszego zdjęcia (Wy macie trudniej w dopatrywaniu się ludzkich kształtów, bo na czarno-białych zdjęciach to kiepsko widać. My widzieliśmy to bardzo wyraźnie w kolorze na ekranie USG. Ale wierzę, że przy odrobinie dobrej woli sobie poradzicie :)) Tak więc tutaj mamy półprofil. Patrząc od lewej strony zdjęcia taka ciemniejsza plamka to prawe oczko. Bardziej ku środkowi obrazka i lekko w dół – to nosek, no a poniżej, jak się każdy potrafi sam domyślić – usta:

maluch1

Tu mamy bardzo ładny profil naszego Syneczka. Dla pewności – jego główka to lewa część teo zdjęcia. Z prawej jakieś bliżej nierozróżniane rzeczy typu pępowina itd. Nosek mały i zadarty (oby taki pozostał, a nie żeby odziedziczył po mamie ;)), cień oczodołu i lekki zarys usteczek. Podziwiajcie i zachwycajcie się :)

maluch2

No a na tym zdjęciu znów możecie przyjrzeć się klejnotom rodzinnym naszego Synka (odziedziczonym po tatusiu). To „V” to nóżki, a co pomiędzy nimi to sami możecie zobaczyć. W każdym razie dr Mydłowski stwierdził, że ewidentnie nasze dziecko to facet, bo łechtaczka takiej wielkości to już by było kalectwo ;)

wacek

No, to mam nadzieję, że wszystko już jasne :) Następną wizytę mamy za 3 tygodnie. Wtedy też chyba pójdziemy na ktg. Bo to już po 30 tygodniu będzie. A teraz kończy się 29.

Ogólnie rzecz biorąc Synek rośnie jak mały byczek. Waży 1300g (nooo, jest co dźwigać, a nikt jak zwykle nie docenia ;)), serduszko bije prawidłowo, reszta też rozwija się ok :) Mariusz śmieje się, że dostała mu się zdrowa baba ze wsi, więc nic, tylko dzieci rodzić :)

O jedno więcej zdjęcie Pacholęcia naszego macie w Galerii. Tam też są zresztą chyba nawet wyraźniejsze te obrazeczki. Zapraszam!

Ach, co to był za ślub…

fuck

No, tośmy się pobrali :) W USC impreza trwała dokładnie 11 minut. Beznamiętne to i treściwe. No i dobrze nawet, bo na przeżycia
duchowe i wzruszenia to się szykujemy raczej przy okazji ślubu kościelnego :) Przysięga poszła nam ładnie, tylko z nakładaniem obrączek był mały kłopot. Mariusz po prostu chciał nałożyć mi swoją. Rozmiarem to ona może by i pasowała, ale na palucha u nogi ;) Z Pałacu Ślubów (ach, jak dumnie to brzmi, a jak miernie wygląda) ruszyliśmy na Stary Rynek, bo mieliśmy zarezerwowany stolik Pod Złotym Psem. Tu nadszedł czas, by wymienić naszych ślubnych gości :) Tak więc obecnością swoją zaszczycili nas: Rodzice Mariusza, Jolka, moja Mama, Monika, Bartek i Antosia. Za co serdecznie wszystkim po raz kolejny dziękujemy :)

Restauracja spisała się bardzo dobrze. Wszyscy byli bardzo zadowoleni z jedzonka, które dostali. Przyznam szczerze, że nam ulżyło z tego powodu, bo niełatwo trafić w gust podniebień tylu osób.

Po obiadku i deserku poszliśmy jeszcze do Spiża, bo rodzinki nasze chciały zaopatrzyć się w miejscowe piwko. Wyszło na to, że nasz ślub stał się dobrym pretekstem do odwiedzin Wrocławia i chmielowych zakupów ;) Potem zjechaliśmy do domku i powoli goście zaczęli sie rozjeżdżać każdy w swoją stronę (czyli w sumie w dwie – do Poznania i do Głuchowa) :) My, wypompowani, padliśmy na łóżku. Noc poślubną przełożyliśmy na inny termin ;)

Musimy się jeszcze pochwalić prezentami ślubnymi. Bo oczywiście, mimo naszych zaklinań, że żadnych prezentów nie chcemy widzieć, dostaliśmy ich furę, jak na tak niewielką liczbę gości :) I tak nasze gospodarstwo domowe wzbogaciło się o: piękną szklaną paterę na owoce/ciasto, komplet sztućców Gerlach na 12 osób, komplet porcelany Ćmielów (serwis do kawy na 12 osób, w stylu międzywojennym), gotówkę i kwiatki. No…i jeszcze jedna rzecz…Choć w sumie to nie rzecz, lecz już domownik. A może nawet i kochanka ;) Bo Mariusz dostał wymarzony aparat fotograficzny – lustrzankę cyfrową Canon EOS30D! :) I do tego full wypas obiektyw Canon EF 50 f/1.4 USM. Nie wiem co wam mówią te wszystkie nazwy. Mi coś tam już mówią (jak mi Małżonek wytłumaczył), ale zrozumiem, jak stwierdzicie, że niewiele to wnosi do waszego życia i pominiecie ten kawałek :) W każdym razie aparat teraz jest pieszczony na wszelkie sposoby (w związku z czym noc poślubna ciągle się opóźnia ;)) Ale nie narzekam, bo dzięki temu Misiek zrobił mi już parę ładnych fotek, a zanosi się na więcej. No i łatwiej go teraz z domu na spacerki wyciągać, bo kusi go perspektywa zabrania aparatu na miasto i strzelania fotek :) Oj, no nabijam się trochę, ale w końcu takie moje prawo, co nie? A tak szczerze, to gęba mi się uśmiecha jak widzę zadowolonego Miśka, który z błyskiem oka odkrywa coraz to nowe gadżety w swoim aparacie. No i fakt jest też taki, że ja też biorę owego Canona do ręki i się nim bawię – a frajda z tego jest rzeczywiście niezmierna :)

Tutaj możecie obejrzeć więcej zdjęć z naszego ślubu. Zapraszamy!

Pragniemy jeszcze podziękować wszystkim, którzy myślami byli przy nas w dniu naszego ślubu, i którzy te myśli wyrazili w postaci karteczek, telegramów i smsów. Dzięki raz jeszcze! :)