Mam nadzieję, że to już ostatni odci­nek opo­wie­ści o Kudowie ;)

W nie­dzielę po śnia­danku zabra­li­śmy swoje “rupie­cie” i ruszy­li­śmy dalej. Nie mie­li­śmy spre­cy­zo­wa­nego planu gdzie poje­chać. Zaczę­li­śmy od wyty­cze­nia sobie kie­runku na Dusz­niki. Tam w szyb­kim tem­pie zali­czy­li­śmy Muzeum Papier­nic­twa, po czym uda­li­śmy się na spa­ce­rek do parku zdro­jo­wego. Zresztą, widać to poni­żej — udało nam się zła­pać wolną ławkę przy fon­tan­nie zwa­nej kolo­rową (podobno wie­czo­rami o któ­rejś tam godzi­nie jest jakoś tam kolo­rowo podświetlona):

fontanna

Dusz­niki oka­zały się w ogóle kuror­tem na skalę mię­dzy­na­ro­dową, bo spo­tka­li­śmy tam nawet samego Tinkiego-Winkiego, który przy­je­chał chyba uspo­koić sko­ła­tane przez panią Sowiń­ską nerwy. Oczy­wi­ście towa­rzy­szyła mu tore­beczka ;) Dla kamu­flażu nało­żył ciemne oku­lary, ale nie dali­śmy się oszukać ;)

Tinky-Winky

Z Dusz­nik ruszy­li­śmy do Kar­łowa. Nie mogli­śmy się zde­cy­do­wać, czy wcho­dzimy na Szcze­li­niec czy też może ude­rzamy bez­po­śred­nio w Błędne Skały, w końcu sta­nęło na Szcze­lińcu. Zawsze wyda­wało mi się, że znam w miarę tę górkę (byłam tam raz lub dwa za cza­sów szkol­nych) ale oka­zało się, że tkwię w błę­dzie. Owszem, na Szcze­li­niec wcho­dzi­łam kie­dyś, ale nie dotar­łam nigdy do Pie­kiełka i dal­szych tara­sów wido­ko­wych. A było warto! No więc wdra­pa­li­śmy się po nie­zli­czo­nych scho­dach na szczyt, po czym po her­batce w schro­ni­sku ruszy­li­śmy dalej podzi­wiać uro­kliwe miej­sca tej górki.

górka

Naj­więk­sze wra­że­nie wywarło na mnie owe Pie­kiełko. Tro­chę się bałam tam scho­dzić, strasz­nie wąskie przej­ście było i dość ciemno. W dodatku przy wej­ściu wisiała kartka: Uwaga, żmije zyg­za­ko­wate. Ale jakoś udało mi się prze­żyć i nie spo­tkać żadnego węży­ska wstrętnego :)

Trzeba przy­znać, że nie­źle dali­śmy sobie w kość. Do dzi­siaj bolą nas mię­śnie — sta­ruszki dwa :) Ale było warto, bo odpo­czę­li­śmy wyjąt­kowo dobrze :) Mariusz to się nawet tak roz­luź­nił, że w dro­dze powrot­nej, gdy prze­jeż­dża­li­śmy przez Prze­rze­czyn, nie zmniej­szył pręd­ko­ści. A za zakrę­tem stał groźny pan poli­cjant z rada­rem! Ja oczy­wi­ście pana poli­cjanta nie zauwa­ży­łam tak od razu. Zdzi­wiło mnie tylko dość nagłe hamo­wa­nie, jakie wyko­nał Mariusz. Kątem oka zdą­ży­łam dostrzec czło­wieczka w mun­du­rze z wycią­gniętą w naszą stronę ręką i gro­żą­cym Mariu­szowi pal­cem. Ufff…i jesz­cze raz się udało. Muszę dodać, że do końca naszej podróży Misiek pro­wa­dził nader przepisowo :)