Matko, ale mi się tele­no­wela bra­zy­lij­ska zro­biła. A jesz­cze nie­dziela jest do opi­sa­nia! Co tam, prze­cież nie zmu­szam Was do czy­ta­nia, niech czyta kto chce :)

Wra­ca­jąc do sobot­niego poszu­ki­wa­nia miej­sca obia­do­wego w Kudowie…Jak już wspo­mnia­łam nie było to takie pro­ste. Więk­szość kudow­skich eme­ry­tów ma chyba posiłki wyku­pione w cało­ści w swo­ich pen­sjo­na­tach, w związku z czym trudno zna­leźć jest jakąś dobrą , odrębną restau­ra­cyję w cen­trum. Więc tak sobie szu­kamy, szu­kamy i nagle wpada nam w oko napis: Restau­ra­cja Pie­kełko. Menu wypi­sane na zewnątrz brzmi w miarę sen­sow­nie, więc wcho­dzimy. Na dzień dobry minę­li­śmy kory­tarz z czerwono-niebieskich pla­sti­ko­wych paneli na ścia­nach — wypas ;) Zeszli­śmy na dół, a tam powi­tała nas sala dan­cin­gowa rodem z PRLu :) No niby ele­menty wypo­sa­że­nia były współ­cze­sne, ale… Można było poczuć się jak na wcza­sach z kom­bi­natu. Obru­ski na sto­łach pla­mo­od­porne sta­ro­dawne, alu­mi­niowe ser­wet­niki, no i obo­wiąz­kowo sztuczne kwiatki w wazo­ni­kach! Sto­liki usta­wione pod oknem, bo reszta sali naj­wy­raź­niej słu­żyła potań­ców­kom, które — jak wyczy­tał Misiek — zaczy­nały się codzien­nie o 18.30. Pew­nie do “bia­łego rana” ;)

W menu zna­leźć można było przede wszyst­kim zestawy obia­dowe typu: frytki, scha­bowy, surówka. Tudzież: frytki, mie­lony, surówka. Była też moż­li­wość stwo­rze­nia sobie wła­snego zestawu, ale bez sza­leństw. W końcu się zde­cy­do­wa­li­śmy — Misiek na jakieś polę­dwiczki, ja na scha­bosz­czaka. Do tego frytki i surówka z bia­łej kapu­sty. Zamó­wie­nie przy­jął pan Leszek, postać nie­zwy­kle cie­kawa, albo­wiem wyglą­dał jak jeden z piekiełkowo-dancingowych eks­po­na­tów restau­ra­cji :) Pan Leszek, nieco przy kości, ubrany w czarne spodnie na kan­cik, czarną koszulę (wło­żoną w te spodnie, rzecz jasna), czarne moka­synki, wybit­nie lubo­wał się w męskiej biżu­te­rii typu złoty łańcuch na szyi, złoty łańcuch na dłoni, złoty pier­ścień na palcu… Dała­bym głowę, że miał tez białe skar­petki, ale nie­stety nie widzia­łam dokład­nie :) Jed­nak przy­znać trzeba, że pan Leszek był bar­dzo miłym panem Lesz­kiem. Ale wyglą­dał gro­te­skowo :) Do tego wszyst­kiego w holu wsta­wili auto­mat do gier, więc ów pan Leszek cały czas poświę­cał na prze­pusz­cza­nie w nim kasy z napiw­ków. W związku z tym co jakiś czas można było usły­szeć z kuchni lub naszej sali głos pew­nej pani, która nie­ustan­nie wzy­wała go do speł­nie­nia swo­ich obo­wiąz­ków, typu: “Leeesze­eek! obiad!”, “Leeesze­eek! rachu­nek!” itd. Sama mia­łam ochotę tak krzyknąć ;)

Jakby tam nie było, trzeba przy­znać, że jadło było zno­śne, poza surówką. Ta bowiem oka­zała się wielką nie­zja­dliwą klapą. Trudno nawet opi­sać jej smak, bo ona go raczej nie miała. No może poza zjeł­cza­łym ole­jem, bo tyle to można było poczuć.
Gene­ral­nie rzecz bio­rąc to my chyba naprawdę głodni byli­śmy, bo spo­śród kilku grup ludzi zapę­dza­ją­cych się do Pie­kiełka tylko my coś zamó­wi­li­śmy. Pozo­stali wcho­dzili, rzu­cali okiem na salę i wycho­dzili. Może wie­dzieli czym tu pachnie… ;)

Poszu­ki­wa­nie obiadku tak nas wymę­czyło, że poszli­śmy do naszego hote­liku na drzemkę. Misiek tra­dy­cyj­nie ledwo przy­ło­żył głowę do podu­chy i zaczął mia­rowo chra­pać. Wkrótce poszłam w jego ślady, ale bez chrapania ;)

Wie­czor­kiem prze­szli­śmy się jesz­cze do parku na pyszną kawę i lody. To zna­czy od tego się zaczęło, bo w kawiarni było tak przy­jem­nie, że nie chciało nam się wycho­dzić. Wcią­gnę­li­śmy potem jesz­cze po pysz­nym cia­chu, a co nie­któ­rzy wypili nawet piwko :)

Zresztą, bło­go­stan na gębie Miśka został uwieczniony :)

lodzik