Inne fotki

Trochę więcej fotek z naszej wycieczki umieścił Misiek w naszej internetowej galerii na fotki.zamolski.com

Weekend „u wód” cz.4

Mam nadzieję, że to już ostatni odcinek opowieści o Kudowie ;)

W niedzielę po śniadanku zabraliśmy swoje „rupiecie” i ruszyliśmy dalej. Nie mieliśmy sprecyzowanego planu gdzie pojechać. Zaczęliśmy od wytyczenia sobie kierunku na Duszniki. Tam w szybkim tempie zaliczyliśmy Muzeum Papiernictwa, po czym udaliśmy się na spacerek do parku zdrojowego. Zresztą, widać to poniżej – udało nam się złapać wolną ławkę przy fontannie zwanej kolorową (podobno wieczorami o którejś tam godzinie jest jakoś tam kolorowo podświetlona):

fontanna

Duszniki okazały się w ogóle kurortem na skalę międzynarodową, bo spotkaliśmy tam nawet samego Tinkiego-Winkiego, który przyjechał chyba uspokoić skołatane przez panią Sowińską nerwy. Oczywiście towarzyszyła mu torebeczka ;) Dla kamuflażu nałożył ciemne okulary, ale nie daliśmy się oszukać ;)

Tinky-Winky

Z Dusznik ruszyliśmy do Karłowa. Nie mogliśmy się zdecydować, czy wchodzimy na Szczeliniec czy też może uderzamy bezpośrednio w Błędne Skały, w końcu stanęło na Szczelińcu. Zawsze wydawało mi się, że znam w miarę tę górkę (byłam tam raz lub dwa za czasów szkolnych) ale okazało się, że tkwię w błędzie. Owszem, na Szczeliniec wchodziłam kiedyś, ale nie dotarłam nigdy do Piekiełka i dalszych tarasów widokowych. A było warto! No więc wdrapaliśmy się po niezliczonych schodach na szczyt, po czym po herbatce w schronisku ruszyliśmy dalej podziwiać urokliwe miejsca tej górki.

górka

Największe wrażenie wywarło na mnie owe Piekiełko. Trochę się bałam tam schodzić, strasznie wąskie przejście było i dość ciemno. W dodatku przy wejściu wisiała kartka: Uwaga, żmije zygzakowate. Ale jakoś udało mi się przeżyć i nie spotkać żadnego wężyska wstrętnego :)

Trzeba przyznać, że nieźle daliśmy sobie w kość. Do dzisiaj bolą nas mięśnie – staruszki dwa :) Ale było warto, bo odpoczęliśmy wyjątkowo dobrze :) Mariusz to się nawet tak rozluźnił, że w drodze powrotnej, gdy przejeżdżaliśmy przez Przerzeczyn, nie zmniejszył prędkości. A za zakrętem stał groźny pan policjant z radarem! Ja oczywiście pana policjanta nie zauważyłam tak od razu. Zdziwiło mnie tylko dość nagłe hamowanie, jakie wykonał Mariusz. Kątem oka zdążyłam dostrzec człowieczka w mundurze z wyciągniętą w naszą stronę ręką i grożącym Mariuszowi palcem. Ufff…i jeszcze raz się udało. Muszę dodać, że do końca naszej podróży Misiek prowadził nader przepisowo :)

Weekend „u wód” cz.3

Matko, ale mi się telenowela brazylijska zrobiła. A jeszcze niedziela jest do opisania! Co tam, przecież nie zmuszam Was do czytania, niech czyta kto chce :)

Wracając do sobotniego poszukiwania miejsca obiadowego w Kudowie…Jak już wspomniałam nie było to takie proste. Większość kudowskich emerytów ma chyba posiłki wykupione w całości w swoich pensjonatach, w związku z czym trudno znaleźć jest jakąś dobrą , odrębną restauracyję w centrum. Więc tak sobie szukamy, szukamy i nagle wpada nam w oko napis: Restauracja Piekełko. Menu wypisane na zewnątrz brzmi w miarę sensownie, więc wchodzimy. Na dzień dobry minęliśmy korytarz z czerwono-niebieskich plastikowych paneli na ścianach – wypas ;) Zeszliśmy na dół, a tam powitała nas sala dancingowa rodem z PRLu :) No niby elementy wyposażenia były współczesne, ale… Można było poczuć się jak na wczasach z kombinatu. Obruski na stołach plamoodporne starodawne, aluminiowe serwetniki, no i obowiązkowo sztuczne kwiatki w wazonikach! Stoliki ustawione pod oknem, bo reszta sali najwyraźniej służyła potańcówkom, które – jak wyczytał Misiek – zaczynały się codziennie o 18.30. Pewnie do „białego rana” ;)

W menu znaleźć można było przede wszystkim zestawy obiadowe typu: frytki, schabowy, surówka. Tudzież: frytki, mielony, surówka. Była też możliwość stworzenia sobie własnego zestawu, ale bez szaleństw. W końcu się zdecydowaliśmy – Misiek na jakieś polędwiczki, ja na schaboszczaka. Do tego frytki i surówka z białej kapusty. Zamówienie przyjął pan Leszek, postać niezwykle ciekawa, albowiem wyglądał jak jeden z piekiełkowo-dancingowych eksponatów restauracji :) Pan Leszek, nieco przy kości, ubrany w czarne spodnie na kancik, czarną koszulę (włożoną w te spodnie, rzecz jasna), czarne mokasynki, wybitnie lubował się w męskiej biżuterii typu złoty łańcuch na szyi, złoty łańcuch na dłoni, złoty pierścień na palcu… Dałabym głowę, że miał tez białe skarpetki, ale niestety nie widziałam dokładnie :) Jednak przyznać trzeba, że pan Leszek był bardzo miłym panem Leszkiem. Ale wyglądał groteskowo :) Do tego wszystkiego w holu wstawili automat do gier, więc ów pan Leszek cały czas poświęcał na przepuszczanie w nim kasy z napiwków. W związku z tym co jakiś czas można było usłyszeć z kuchni lub naszej sali głos pewnej pani, która nieustannie wzywała go do spełnienia swoich obowiązków, typu: „Leeeszeeek! obiad!”, „Leeeszeeek! rachunek!” itd. Sama miałam ochotę tak krzyknąć ;)

Jakby tam nie było, trzeba przyznać, że jadło było znośne, poza surówką. Ta bowiem okazała się wielką niezjadliwą klapą. Trudno nawet opisać jej smak, bo ona go raczej nie miała. No może poza zjełczałym olejem, bo tyle to można było poczuć.
Generalnie rzecz biorąc to my chyba naprawdę głodni byliśmy, bo spośród kilku grup ludzi zapędzających się do Piekiełka tylko my coś zamówiliśmy. Pozostali wchodzili, rzucali okiem na salę i wychodzili. Może wiedzieli czym tu pachnie… ;)

Poszukiwanie obiadku tak nas wymęczyło, że poszliśmy do naszego hoteliku na drzemkę. Misiek tradycyjnie ledwo przyłożył głowę do poduchy i zaczął miarowo chrapać. Wkrótce poszłam w jego ślady, ale bez chrapania ;)

Wieczorkiem przeszliśmy się jeszcze do parku na pyszną kawę i lody. To znaczy od tego się zaczęło, bo w kawiarni było tak przyjemnie, że nie chciało nam się wychodzić. Wciągnęliśmy potem jeszcze po pysznym ciachu, a co niektórzy wypili nawet piwko :)

Zresztą, błogostan na gębie Miśka został uwieczniony :)

lodzik