Sobotę w Kudo­wie roz­po­czę­li­śmy pysz­nym śnia­da­niem :) Trzeba dodać, że wyspa­li­śmy się przed­tem zna­ko­mi­cie. Po jedzonku ruszy­li­śmy “na mia­sto”. Prze­szli­śmy wszerz i wzdłuż park zdro­jowy, poszli­śmy do pijalni, gdzie Misiek popił śmier­dzą­cych wód zdro­jo­wych, posie­dzie­li­śmy po eme­rycku na par­ko­wej ławeczce… W dodatku mie­li­śmy takiego lenia, że nie chciało nam się z tej ławeczki ruszyć. Nawet czy­tać nie byli­śmy w sta­nie, cho­ciaż mie­li­śmy w ple­caku książki. Leniwce dwa :) Za to owoce pra­wie wszyst­kie zje­dli­śmy, które zabra­li­śmy ze sobą.

Jak już wresz­cie ruszy­li­śmy nasze dupiny to udało nam się wdra­pać na coś, co nazywa się Góra Par­kowa. Dla tych, co byli kie­dyś w Kudo­wie, a nie wie­dzą, o czym mówię, tłu­ma­czę: to ta górka, która “szczy­tuje” ;) nad par­kiem zdro­jo­wym. Jedna tam chyba tylko taka jest,więc nie można się raczej pomylić :)

Co do tej górki, to nie jest ona pew­nie zbyt wysoka, ale za to baaaar­dzo spa­ce­rowa. Robi­li­śmy po niej jakieś dziwne pętle, nawet nie sądzi­łam, że tyle można po niej łazić :) Z górki dotar­li­śmy do asfal­to­wej drogi, na któ­rej udało nam się prze­żyć całą masę przy­gód ;) No i Mariusz zro­bił parę faj­nych fotek. Jedno ze zdjęć przy­pła­cił nie­malże pożar­ciem przez nie­okrze­saną bandę dzi­kich mró­wek. Bo chciał bie­dak uwiecz­nić przy­rodę pol­ską w postaci pola ze zbo­żem. Pech chciał, że mrówki wpa­dły na podobny pomysł i posta­no­wiły w tym malow­ni­czym zakątku wybu­do­wać sobie chatę. No i przy­pad­kiem nogą w ich kuchni (lub salo­nie) zna­lazł się Mariusz. Na szczę­ście mrówki nie są zbyt pamię­tliwe i nie goniły go zbyt długo ;)

Na owej dro­dze zna­leź­li­śmy też boczne wej­ście do Nieba. Nie trzeba mieć żadnej wej­ściówki. Wystar­czy tylko wdra­pać się na małą górkę, prze­sko­czyć pło­tek i już…

Niebo

A tu kawa­łek sesji zdję­cio­wej z brzusz­kiem. Żeby nam póź­niej Miko­łaj nie wypo­mi­nał, że nie ma go na żadnym zdję­ciu z Kudowy ;)

Mikołajek i mama

Tak się z tej górki roz­pę­dzi­li­śmy, że tra­fi­li­śmy pod Kaplicę Cza­szek. Ale nie wcho­dzi­li­śmy do niej, bo po pierw­sze oby­dwoje już kie­dyś w niej byli­śmy, a po dru­gie, nie budziła jakoś entu­zja­zmu myśl o oglą­da­niu w to miłe przed­po­łu­dnie kupy czy­ichś kości, nie uwła­cza­jąc ;) Dalej więc spa­cer­kiem wzdłuż gra­nicy, z powro­tem do parku i w poszu­ki­wa­niu jakiejś przy­zwo­itej knajpy z obiad­kiem. A zna­le­zie­nie tako­wej oka­zało się w Kudo­wie nie­try­wialne. Ale o tym może w następ­nej części…

I jesz­cze taki mały land­szaf­cik z drogi górkowej:

obrazek