Zakon Feniksa

Ostatni tydzień mija mi w 100% Potterowo. Najpierw została zakupiona ostatnia część Harrego – HP & Deathly Hallows, dalej w środę i czwartek polazłam do kina na magiczny maraton z HP (pierwsze cztery części). W niedzielę zaczęłam gierkę dotyczącą Zakonu Feniksa a wczoraj wreszcie byliśmy w kinie na tej samej części. Nic więc dziwnego, że mi się już Harry śni od kilku nocy. Każdemu by się śnił ;) Co do filmu to jest świetny. Tyle powiem. A co do gierki, to jeśli chodzi o grafikę, to przerosła moje oczekiwania. Bo w porównaniu z poprzednią częścią jest po prostu dopracowana w szczegółach tak bardzo, że nawet durne świeczniki w Hogwarcie są takie same jak w filmie. No i wypasiony korytarz z wielkimi schodami. Cudo. Zresztą, Wy tu sobie czytajcie, hehehe, a ja zaraz zabieram się do grania :) A! I jeszcze jedno mi się bardzo w gierce podoba – do tej pory przy rzucaniu zaklęć po prostu najeżdżało się różdżką na dany punkt, klikało lewym przyciskiem myszy i zaklęcie szło automatycznie. Natomiast w Zakonie (zwłaszcza to jest super wrażenie jak się gra gamepadem) najeżdżam na dany przedmiot czy osobę i muszę wykonać dźwignią pada (lub myszką) określony ruch. Każde zaklęcie ma inny tor. I muszę za każdym razem wybrać odpowiednie zaklęcie. Komputer nie narzuca mi z góry, które mam zastosować. Świetne wrażenie. Można się poczuć tak, jakby się naprawdę czarowało :)

Poza tym co jeszcze? Czekamy na urlop Mariusza :) Jeszcze tylko 4 dni mu zostały. W sobotę rano jedziemy z Głuchowa do Szczecina na jakiś zlot największych okrętów z całego świata. Potem robimy remont pokoiku i 12 sierpnia ruszamy do Mielna.

A co do remontu, to mamy właśnie dwie ściany w pokoiku pomazane różnymi kolorami farb Dulux i nie możemy się zdecydować, który wybrać :( Są 3 odcienie niebieskiego: Błękitna Chmurka, Francuska Lilia, Mglisty Poranek oraz 3 żółtego: Słoneczny Pocałunek, Kogel-Mogel i Złoto Egiptu. I ciężko ukonkretnić pomysł na kolorki. Ale w końcu trzeba będzie, bo za tydzień malujemy! Już się nie mogę doczekać :)

Kupiliśmy w ubiegłym tygodniu sukienkę do ślubu cywilnego. Taką letnią, czarno-białą. Jeszcze buty trzeba dokupić jakieś. A w poniedziałek jedziemy po garnitur dla Miśka.

Co do Pacholęcia, to kopie jak najęty. najgorzej jest, jak mi się chce bardzo sikać, a on mi jeszcze do tego w pęcherze przysadzi z nogi albo ręki :) Sadysta mały nam rośnie ;) Ale wierci się tak mocno, że czasem widać jak brzuch podskakuje. A on przecież jeszcze taki duży to nie jest, około 20-paru centymetrów chyba :) Ale silny bykol rośnie :) Po tacie pewnie :)

W ubiegłym tygodniu kupiliśmy w Merlinie 3-tomowe wydanie Baśni Andersena. Teraz co wieczór czytamy Pacholęciu – raz Mariusz, raz ja. Czytamy mu tego Andersena teraz, póki jeszcze słów nie rozumie, a tylko głosy rozróżnia, bo Andersen w przekładzie z oryginału to jakiś prawdziwy hardcore jest! A niby to Grimmowie są ostrzy. A jak tu przeczytać np. 3-latkowi tekst z Andersena: „Złapał siekierę, zabił zaraz swoją starą bacie, wsadził ją na wóz, pojechał do miasta, gdzie mieszkał aptekarz, i spytał, czy chce kupić zmarłego człowieka”. To było z bajki „Mały Klaus i duży Klaus”. Płaczemy czasem ze śmiechu przy czytaniu tych tekstów, ale rzeczywiście dziecku byśmy nie przeczytali ;) Co prawda, są też takie, które są przyzwoite – np. Calineczka bardzo ładna, albo Księżniczka na ziarnku grochu. Teraz już nas nie dziwią te okrojone wersje bajek, które można kupić. Bo one bardziej się nadają dla dzieci, niż Andersen w oryginale :) Choć nam się bardzo podoba. Ale nam się też ostatni film Tarantina podobał i wszystkie w nim mordobicia, więc… ;)

Dobra, czas na mnie. Trzeba domek do porządku doprowadzić i mięsko na obiad rozmrozić. Trochę chaotycznie dziś pisałam, ale mam nadzieję, że się połapiecie. Papa! :)

P.S. Gdyby ktoś chciał sobie poczarować niczym Harry Potter, to podaję linka do stronki: Gwardia Dubledora

Drużynowy Puchar Świata – Leszno, 21.07.2007

kibice

Nie wiem na ile orientujecie się w sprawach dotyczących żużla, ale pragnę poinformować, że w sobotę Polska zdobyła pierwsze miejsce w DPŚ. Oczywiście byliśmy na tym meczu, jako starzy kibice żużla :) Reprezentacja Polski w składzie: K.Kasprzak, J.Hampel, T.Gollob, R.Holta, D.Baliński i G.Walasek. Baliński był jako rezerwowy, ale na szczęście wszedł do kolejnego biegu za Walaska, bo ten jeździł jak d… Co prawda Balina zaraz w pierwszym swoim biegu podjechał komuś i się potrzaskał, ale lekarz orzekł, że może jechać dalej.

bieg

Trzeba przyznać, że mecz był po prostu rewelacyjny! Do ostatniego biegu ważyły się losy – Polska czy Dania zdobędzie puchar? Duńczycy do samego końca nie chcieli odpuścić. No i dobrze, bo koniec końców wygraliśmy, a mecz był przez tę rywalizację pełen emocji. Żal tylko Brytyjczyków, którym od samego początku szło bardzo kiepsko. Próbowali walczyć, ale pozostałe drużyny były na tyle mocne, że nie dawały im szans. Australia też się nie popisała. Niby starali się dogonić nas i Danię, ale nie wyszło. Crump startował nawet w jednym biegu jako joker, ale za wcześnie ruszył i został wykluczony. Wtedy skończyło się rumakowanie Australii.

Ludzi na stadionie była masa. Trzeba przyznać, że kibice dopisali. Atmosfera była ekstra :) No i na koniec przepiękny pokaz fajerwerków. Cudo!

zadyma

A tu nasz rodzinny super-kibic Jerzy :)

Jerzy

A! Zapomniałam napisać, że krótko przed rozpoczęciem meczu były skoki spadochronowe. Najpierw skoczyło 3, potem 4 skoczków. Ci z drugiej serii mieli zawieszone flagi narodowe wszystkich 4 drużyn. Najśmieszniejsze było to, że tylko skoczek z flagą brytyjską nie trafił na murawę, tylko wylądował gdzieś poza stadionem. Śmialiśmy się wtedy, że skoro skoczek nie dofrunął, to GB przegra mecz. No i niby takie gadanie, a się sprawdziło :)

skoczek

Parę fotek mam tutaj, a więcej, jak zawsze, na fotki.zamolski.com

Inne fotki

Trochę więcej fotek z naszej wycieczki umieścił Misiek w naszej internetowej galerii na fotki.zamolski.com

Weekend „u wód” cz.4

Mam nadzieję, że to już ostatni odcinek opowieści o Kudowie ;)

W niedzielę po śniadanku zabraliśmy swoje „rupiecie” i ruszyliśmy dalej. Nie mieliśmy sprecyzowanego planu gdzie pojechać. Zaczęliśmy od wytyczenia sobie kierunku na Duszniki. Tam w szybkim tempie zaliczyliśmy Muzeum Papiernictwa, po czym udaliśmy się na spacerek do parku zdrojowego. Zresztą, widać to poniżej – udało nam się złapać wolną ławkę przy fontannie zwanej kolorową (podobno wieczorami o którejś tam godzinie jest jakoś tam kolorowo podświetlona):

fontanna

Duszniki okazały się w ogóle kurortem na skalę międzynarodową, bo spotkaliśmy tam nawet samego Tinkiego-Winkiego, który przyjechał chyba uspokoić skołatane przez panią Sowińską nerwy. Oczywiście towarzyszyła mu torebeczka ;) Dla kamuflażu nałożył ciemne okulary, ale nie daliśmy się oszukać ;)

Tinky-Winky

Z Dusznik ruszyliśmy do Karłowa. Nie mogliśmy się zdecydować, czy wchodzimy na Szczeliniec czy też może uderzamy bezpośrednio w Błędne Skały, w końcu stanęło na Szczelińcu. Zawsze wydawało mi się, że znam w miarę tę górkę (byłam tam raz lub dwa za czasów szkolnych) ale okazało się, że tkwię w błędzie. Owszem, na Szczeliniec wchodziłam kiedyś, ale nie dotarłam nigdy do Piekiełka i dalszych tarasów widokowych. A było warto! No więc wdrapaliśmy się po niezliczonych schodach na szczyt, po czym po herbatce w schronisku ruszyliśmy dalej podziwiać urokliwe miejsca tej górki.

górka

Największe wrażenie wywarło na mnie owe Piekiełko. Trochę się bałam tam schodzić, strasznie wąskie przejście było i dość ciemno. W dodatku przy wejściu wisiała kartka: Uwaga, żmije zygzakowate. Ale jakoś udało mi się przeżyć i nie spotkać żadnego wężyska wstrętnego :)

Trzeba przyznać, że nieźle daliśmy sobie w kość. Do dzisiaj bolą nas mięśnie – staruszki dwa :) Ale było warto, bo odpoczęliśmy wyjątkowo dobrze :) Mariusz to się nawet tak rozluźnił, że w drodze powrotnej, gdy przejeżdżaliśmy przez Przerzeczyn, nie zmniejszył prędkości. A za zakrętem stał groźny pan policjant z radarem! Ja oczywiście pana policjanta nie zauważyłam tak od razu. Zdziwiło mnie tylko dość nagłe hamowanie, jakie wykonał Mariusz. Kątem oka zdążyłam dostrzec człowieczka w mundurze z wyciągniętą w naszą stronę ręką i grożącym Mariuszowi palcem. Ufff…i jeszcze raz się udało. Muszę dodać, że do końca naszej podróży Misiek prowadził nader przepisowo :)

Weekend „u wód” cz.3

Matko, ale mi się telenowela brazylijska zrobiła. A jeszcze niedziela jest do opisania! Co tam, przecież nie zmuszam Was do czytania, niech czyta kto chce :)

Wracając do sobotniego poszukiwania miejsca obiadowego w Kudowie…Jak już wspomniałam nie było to takie proste. Większość kudowskich emerytów ma chyba posiłki wykupione w całości w swoich pensjonatach, w związku z czym trudno znaleźć jest jakąś dobrą , odrębną restauracyję w centrum. Więc tak sobie szukamy, szukamy i nagle wpada nam w oko napis: Restauracja Piekełko. Menu wypisane na zewnątrz brzmi w miarę sensownie, więc wchodzimy. Na dzień dobry minęliśmy korytarz z czerwono-niebieskich plastikowych paneli na ścianach – wypas ;) Zeszliśmy na dół, a tam powitała nas sala dancingowa rodem z PRLu :) No niby elementy wyposażenia były współczesne, ale… Można było poczuć się jak na wczasach z kombinatu. Obruski na stołach plamoodporne starodawne, aluminiowe serwetniki, no i obowiązkowo sztuczne kwiatki w wazonikach! Stoliki ustawione pod oknem, bo reszta sali najwyraźniej służyła potańcówkom, które – jak wyczytał Misiek – zaczynały się codziennie o 18.30. Pewnie do „białego rana” ;)

W menu znaleźć można było przede wszystkim zestawy obiadowe typu: frytki, schabowy, surówka. Tudzież: frytki, mielony, surówka. Była też możliwość stworzenia sobie własnego zestawu, ale bez szaleństw. W końcu się zdecydowaliśmy – Misiek na jakieś polędwiczki, ja na schaboszczaka. Do tego frytki i surówka z białej kapusty. Zamówienie przyjął pan Leszek, postać niezwykle ciekawa, albowiem wyglądał jak jeden z piekiełkowo-dancingowych eksponatów restauracji :) Pan Leszek, nieco przy kości, ubrany w czarne spodnie na kancik, czarną koszulę (włożoną w te spodnie, rzecz jasna), czarne mokasynki, wybitnie lubował się w męskiej biżuterii typu złoty łańcuch na szyi, złoty łańcuch na dłoni, złoty pierścień na palcu… Dałabym głowę, że miał tez białe skarpetki, ale niestety nie widziałam dokładnie :) Jednak przyznać trzeba, że pan Leszek był bardzo miłym panem Leszkiem. Ale wyglądał groteskowo :) Do tego wszystkiego w holu wstawili automat do gier, więc ów pan Leszek cały czas poświęcał na przepuszczanie w nim kasy z napiwków. W związku z tym co jakiś czas można było usłyszeć z kuchni lub naszej sali głos pewnej pani, która nieustannie wzywała go do spełnienia swoich obowiązków, typu: „Leeeszeeek! obiad!”, „Leeeszeeek! rachunek!” itd. Sama miałam ochotę tak krzyknąć ;)

Jakby tam nie było, trzeba przyznać, że jadło było znośne, poza surówką. Ta bowiem okazała się wielką niezjadliwą klapą. Trudno nawet opisać jej smak, bo ona go raczej nie miała. No może poza zjełczałym olejem, bo tyle to można było poczuć.
Generalnie rzecz biorąc to my chyba naprawdę głodni byliśmy, bo spośród kilku grup ludzi zapędzających się do Piekiełka tylko my coś zamówiliśmy. Pozostali wchodzili, rzucali okiem na salę i wychodzili. Może wiedzieli czym tu pachnie… ;)

Poszukiwanie obiadku tak nas wymęczyło, że poszliśmy do naszego hoteliku na drzemkę. Misiek tradycyjnie ledwo przyłożył głowę do poduchy i zaczął miarowo chrapać. Wkrótce poszłam w jego ślady, ale bez chrapania ;)

Wieczorkiem przeszliśmy się jeszcze do parku na pyszną kawę i lody. To znaczy od tego się zaczęło, bo w kawiarni było tak przyjemnie, że nie chciało nam się wychodzić. Wciągnęliśmy potem jeszcze po pysznym ciachu, a co niektórzy wypili nawet piwko :)

Zresztą, błogostan na gębie Miśka został uwieczniony :)

lodzik

Weekend „u wód” cz.2

Sobotę w Kudowie rozpoczęliśmy pysznym śniadaniem :) Trzeba dodać, że wyspaliśmy się przedtem znakomicie. Po jedzonku ruszyliśmy „na miasto”. Przeszliśmy wszerz i wzdłuż park zdrojowy, poszliśmy do pijalni, gdzie Misiek popił śmierdzących wód zdrojowych, posiedzieliśmy po emerycku na parkowej ławeczce… W dodatku mieliśmy takiego lenia, że nie chciało nam się z tej ławeczki ruszyć. Nawet czytać nie byliśmy w stanie, chociaż mieliśmy w plecaku książki. Leniwce dwa :) Za to owoce prawie wszystkie zjedliśmy, które zabraliśmy ze sobą.

Jak już wreszcie ruszyliśmy nasze dupiny to udało nam się wdrapać na coś, co nazywa się Góra Parkowa. Dla tych, co byli kiedyś w Kudowie, a nie wiedzą, o czym mówię, tłumaczę: to ta górka, która „szczytuje” ;) nad parkiem zdrojowym. Jedna tam chyba tylko taka jest,więc nie można się raczej pomylić :)

Co do tej górki, to nie jest ona pewnie zbyt wysoka, ale za to baaaardzo spacerowa. Robiliśmy po niej jakieś dziwne pętle, nawet nie sądziłam, że tyle można po niej łazić :) Z górki dotarliśmy do asfaltowej drogi, na której udało nam się przeżyć całą masę przygód ;) No i Mariusz zrobił parę fajnych fotek. Jedno ze zdjęć przypłacił niemalże pożarciem przez nieokrzesaną bandę dzikich mrówek. Bo chciał biedak uwiecznić przyrodę polską w postaci pola ze zbożem. Pech chciał, że mrówki wpadły na podobny pomysł i postanowiły w tym malowniczym zakątku wybudować sobie chatę. No i przypadkiem nogą w ich kuchni (lub salonie) znalazł się Mariusz. Na szczęście mrówki nie są zbyt pamiętliwe i nie goniły go zbyt długo ;)

Na owej drodze znaleźliśmy też boczne wejście do Nieba. Nie trzeba mieć żadnej wejściówki. Wystarczy tylko wdrapać się na małą górkę, przeskoczyć płotek i już…

Niebo

A tu kawałek sesji zdjęciowej z brzuszkiem. Żeby nam później Mikołaj nie wypominał, że nie ma go na żadnym zdjęciu z Kudowy ;)

Mikołajek i mama

Tak się z tej górki rozpędziliśmy, że trafiliśmy pod Kaplicę Czaszek. Ale nie wchodziliśmy do niej, bo po pierwsze obydwoje już kiedyś w niej byliśmy, a po drugie, nie budziła jakoś entuzjazmu myśl o oglądaniu w to miłe przedpołudnie kupy czyichś kości, nie uwłaczając ;) Dalej więc spacerkiem wzdłuż granicy, z powrotem do parku i w poszukiwaniu jakiejś przyzwoitej knajpy z obiadkiem. A znalezienie takowej okazało się w Kudowie nietrywialne. Ale o tym może w następnej części…

I jeszcze taki mały landszafcik z drogi górkowej:

obrazek

Weekend „u wód” cz.1

Taki dziś koszmarny upał, że się skupić nie mogę, by coś napisać. Ale spróbuję chociaż troszkę.
W piątek ubiegły pojechaliśmy do Kudowy Zdroju. Zarezerwowaliśmy wcześniej miejsca noclegowe, więc tak do końca w ciemno nie jechaliśmy. Do miasta dotarliśmy jakoś w okolicach 18.30 chyba. Ale nie pamiętam dokładnie. Wiem tylko, że gdy poszliśmy na spacer to tak „chybcikiem” bo Mariusz się na mecz siatkówki o 20.00 spieszył :)
W piątek to za wiele nie chodziliśmy. Wskoczyliśmy do parku zdrojowego, przysiedliśmy w jakiejś knajpce na ruskich pierogach, zrobiliśmy małe zakupy w sklepiku i wróciliśmy do pensjonatu. No bo mecz się zaczynał…
Co do pensjonatu to nosił nazwę Villa Antica i rzeczywiście spełnił nasze oczekiwania. Mariusz tak bardzo chciał się do czegoś w nim doczepić, a jak się okazało, nie miał do czego :) I całe szczęście, bo to ja go znalazłam i rezerwowałam miejsce, więc gdyby coś nie grało, byłoby na mnie ;) A tak mieliśmy bardzo ładny pokoik z dużym wygodnym wyrkiem, z łazieneczką, od ogrodu,więc zaciszny. Na czystość nie mogliśmy narzekać. Podobnie jak i na jedzonko (mieliśmy wykupione śniadania). Naprawdę super :)
Co nas bardzo rozśmieszyło pierwszego dnia to fakt, że podczas spaceru mało kto był młodszy od nas. Sami emeryci na kuracji :) I my wśród nich, też jak emeryci. No, ja to może nie do końca, ale Mariusz czemu nie… Hehehe, zaraz się na mnie oburzy, że go starym dziadkiem mianowałam, ale obydwoje dobrze wiemy,jak bardzo był mu potrzebny wyjazd w tak spokojne, rozluźniające miejsce. Przynajmniej nikt nie przeszkadzał mu w odpoczynku.
Poniżej na zdjęciu Misiek mój kochany :) Minka ciekawa. Do indywidualnej interpretacji bądź oficjalnego komentarza Czytelnika. Bohater obrazka stwierdził, że to bardzo złośliwa fota. Złośliwa – że niby złośliwie ją tu umieszczam. Ależ skądże znowu. Po prostu sama natura! ;)

Misiek

USG połówkowe

Nazwa taka nie dlatego, że się podczas badania wypija połówkę, ale dlatego, że to już połowa ciąży :) No i się okazała nasza dziecina w całej piękności swojej, i genitalia pokazało Pacholę. I Mariusz przeszczęśliwy, że syna pierworodnego spłodził :) Bo to chłopiec jest! Duży, zdrowy chłopak. Badania poszczególnych organów pokazały, że dziecko rozwija się prawidłowo. Ma dwie nóżki i dwie rączki. Żołądek ma duży podobno. Pęcherz moczowy też ma w normie, choć lekarz stwierdził, że mały jak na faceta. Ale to nie jest żadna wada. Jedyny problem to będzie miał syn, gdy po każdym piwie będzie musiał chodzić na sikundkę. Ale może tatuś go podszkoli, wszak pęcherz Mariusza to musi być jakaś cysterna co najmniej. Jego nawet pięć piw nie rusza ;)
Doktor zmierzył główkę, mówi, że w normie, nie za duża i nie za mała. Taka przeciętna. Kręgosłup ładny, sama wypatrzyłam. Serduszko czterokomorowe, prawidłowo bije i reaguje. Mamy sporo fotek z tego dzisiejszego badania. Na jednym jest profil twarzyczki naszego Ynusia. Dalej jest też fota siusiaka, głowy, nóżki. Ale nie wiem jeszcze które foty Mariusz wrzuci na stronkę. Zmuszę go, żeby wszystkie :) No i mamy też nagranie z biciem serduszka na mp3. Trochę trzeba będzie wyciąć gadania mojego i położnej i tez wrzucimy na stronkę :)
Jejku, nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo się cieszymy! I że wszystko z dzieciątkiem jest ok, póki co.
Moje wyniki trochę spadły rzeczywiście. Hemoglobina zjechała do 11,3. To już 0,7 poniżej normy. Ale na razie jeszcze żelaza w tabsach mam nie brać. Zobaczymy za miesiąc.
No właśnie, za miesiąc.. Nawet niecały, bo 6 sierpnia idziemy, żeby zbadać się jeszcze przed urlopem. Ale do innego lekarza idziemy ten jeden raz, bo dr Mydłowski ma urlop wtedy.
A pojutrze jedziemy na weekend do Kudowy. Nawet jak będzie brzydka pogoda, to się przynajmniej wybyczymy w łóżeczku z książeczką w ręce :)
Chwilowo to tyle. Do następnego razu w takim razie :)

Tutaj w trójwymiarze profil naszego Ynusia. Pewnie jakieś 10% „oglądaczy” będzie potrafiło go rozpoznać, ale to nic, wierzcie na słowo, że na tej fotce jest buzia naszego Mikołajka :) Patrzy w prawą stronę i ma lekko zadarty nosek. Mam nadzieję, że mu taki zostanie, a nie odziedziczy zakompleksionego nochala po matce ;)

profil

A tutaj, jak to Misiek twierdzi, pornografia dziecięca. Bo tu można się dopatrzeć „klejnotów rodzinnych” naszej pociechy. Tam, gdzie widzicie maleńki krzyżyk to czubek siusiaka, dalej w lewo i w górę są jąderka, ale bardzo słabo widoczne :)

Ynuś

Red Hot Chili Peppers

Przedwczoraj byliśmy znów w Chorzowie. Na koncercie Red Hot Chili Peppers. Zajefajna sprawa :) Mimo że technicznie gorzej niż Genesis. Ale muzyczka i klimat po prostu suuuuper! Troszkę się denerwowałam, bo po wejściu na stadion okazało się, że jest o wiele więcej ludzi niż na Genesis i w związku z tym jest większy ścisk na płycie, ale w rzeczy samej zajęliśmy miejsce na tyłach, przy platformie niepełnosprawnych, gdzie było całkiem spokojnie i bezpiecznie :) W ogóle to koncert był bardzo spokojny i bezpieczny. Nie było żadnych rozrób ani innych przykrych sytuacji. Pacholę dawało znać o sobie i o tym, że podoba mu się muzyczka, bo czuć było jak leciutko podkopuje :) Cóż, rockendrollowe dziecię w końcu chowamy :)

Na koncercie byliśmy większą gromadą. Z nami autkiem przyjechali Dominika i Bartek, a oprócz tego byli jeszcze Wojtek i Śniegu z żonami. Towarzystwo bardzo wesołe i sympatyczne :)

Już się nie mogę doczekać przyszłej środy. No bo na usg idziemy. I dowiemy się czy chłopiec, czy dziewczynka :) Mam nadzieję, że będzie widać porządnie :) Jedyne, co mnie martwi, to wyniki, bo mi ostatnio lecą w dół na łeb, na szyję. Zwłaszcza jeśli o hemoglobinę chodzi. Miesiąc temu miałam na dolnej granicy normy. Obawiam się, że teraz znowu spadła. Zajady mi się robią ciągle i generalnie samopoczucie spada. A przecież wszamiam żelazo gdzie się da. Herbaty z pokrzywy mam już dość i witaminki zjadam. I morele. I tysiące innych rzeczy. No ale zobaczymy za tydzień. W poniedziałek idę do badania krwi, to się okaże.

Muszę jeszcze donieść, że od niedzieli do środy mieliśmy w domku gości. Trzy sympatyczne trutnie w postaci Dominiki, Olgi i Bartka. Co prawda nie widzieli zbyt wiele z Wrocławia, bo prawie cały czas padało, ale nie ma rzeczy, których by się nie dało w przyszłości nadrobić :)

Obydwoje z Mariuszem czekamy na sierpień. W końcu na wakacje pojedziemy. Mam nadzieję, że Misiek trochę odpocznie, bo ma ostatnio w pracy kołomyję. Niektórzy to już urlopują. Na przykład Monika z Bartkiem i Tosią od dzisiaj smażą sie w Egipcie. Ech, takim to dobrze :) Mam nadzieję, że chociaż pocztówkę przyślą ;)

W sobotę jedziemy do Głuchowa na parapetówę do Kieretów :) Fajna impreza się zapowiada :) Od rana ruszamy – najpierw po piwo na granicę, a potem do Głuchowa.

No, a tak w ogóle to ja już mam wakacje od niedzieli! Sesja i zaliczenia poszły całkiem dobrze. Średnia wyszła mi 4,83 nie chwaląc się :) Mam nadzieję na stypendium naukowe od przyszłego roku :) Teraz są wakacje i wieeeelkie wakacyjne plany. Ale ile z nich wyjdzie, to się okaże dopiero :) No bo chcę w końcu tego htmla popchnąć, i Szkołę Fotografowania z Nationale Geographic skończyć. I za angielski się zabrać. I dokończyć Mistrza Klawiatury. I pograć w Harrego Pottera najnowszego. I dokończyć starszego. I na listy poodpisywać. i zrobić porządek w szafach. No i pokoik dziecinny urządzić + umeblować duży, i wyprawkę kupić. Ech…pracowite wakacje to mają być. Ciekawe jakie będą naprawdę :)