O matko, nie sądzi­łam, że nie pisa­łam już aż tak długo. Wyda­wało mi się, że uzu­peł­ni­łam bloga jakieś 2 tygo­dnie temu mak­sy­mal­nie. No ale czło­wiek się sta­rzeje i nie o wszyst­kim już pamięta ;)

Pew­nie wie­cie, że byli­śmy nad morzem. Na Helu, we Wła­dy­sła­wo­wie. Było cał­kiem przy­jem­nie, poza małymi wyjąt­kami, któ­rych nie będę tu jed­nak opi­sy­wać i komen­to­wać. Gene­ral­nie to Hel piękny. Pierw­szy raz tam byłam. Dzie­ciątku też się chyba podo­bało, bo czu­łam się cały week­end bar­dzo, bar­dzo dobrze :) Poza tym było nasze Pacholę zdrowo odży­wiane, bo cały czas wsza­mia­łam rybkę :) Co prawda rybka z Bał­tyku pocho­dziła, a nie należy bie­dak do naj­czyst­szych mórz, ale tak czy siak jakieś wita­miny miała ;) Naj­wy­żej dzie­cię po naro­dze­niu będzie świe­cić na zielono ;)

Odwie­dzi­li­śmy foka­rium w Helu. Widzie­li­śmy kar­mie­nie fok. Śmieszne stwo­rzonka, do tego bar­dzo mądre. Pani pod­czas kar­mie­nia mówiła, że jak foka ugry­zie czło­wieka, to czę­sto trzeba daną koń­czynę ampu­to­wać, bo foki mają jakieś dziwne bak­te­rie w pyskach i szybko wcho­dzi zaka­że­nie do krwi czło­wieka. Nabra­łam sza­cunku do tych zwie­rza­ków. Przy oka­zji kupi­li­śmy maskotkę dla naszego Pacho­lę­cia — foczkę srebrną, taką paskud­nie pisz­czącą, ale nie pisz­czą­cej nie dało się kupić. Niech ma coś to nasze dzie­cię z wyjazdu z rodzi­cami przed narodzeniem.

Kąpa­li­śmy się w morzu. Nawet się jed­nego dnia dało zanurzyć.

Jedyną porażką tego wyjazdu była wizyta Busha na Helu. Od samego rana durne BORo­wiki budziły nas swo­imi wyją­cymi syre­nami, jak prze­jeż­dżali przez Wła­dy­sła­wowo. Bo oni nie mogą prze­cież prze­je­chać po cichu.

Co dalej? Doszli­śmy jed­nak do wnio­sku, że ślub kościelny odło­żymy na razie. Weź­miemy w przy­szłym roku, jak będziemy chrzcić Pacholę. A teraz zaślu­bimy się cywil­nie. Ter­min mamy 1 wrze­śnia o 15, ale nie czuj­cie się zapro­szeni ;) Będą tylko rodzice i rodzeń­stwo. Zapro­simy Was na kościelny ;)

Obrączki już mamy. Z bia­łego złota, pół­okrą­głe. Mariusz tro­chę się bun­to­wał, że nie będzie nosił, bo to obciach, ale powoli się prze­ko­nuje. Ostat­nio doszedł do wnio­sku, że Śniegu też ma białą obrączkę i nosi, więc może on też jed­nak będzie nosił. Cóż, dla mnie sprawa jest jasna — jak nie będzie nosił, to śpi na balkonie ;)

O, wła­śnie, bal­kon. Mamy sporo ziel­ska na bal­ko­nie. Pelar­go­nie w koryt­kach i zioło (nie będę komen­to­wać jakie) w donicz­kach. I jesz­cze jakieś pnące fasole i groszki. I cho­inkę z Bożego Naro­dze­nia. Ale cho­inka nie prze­żyła ostat­nich upa­łów i zaczy­nają jej igły opa­dać. A szkoda…Bo taka ładna była, z dwoma czubkami :)

W ubie­gły czwar­tek byli­śmy w Cho­rzo­wie na kon­cer­cie Gene­sis. Świetny kon­cert. Mimo że zmo­kli­śmy strasz­nie. Od 14 do 24 lało bez prze­rwy i były burze. Nie dotrwa­li­śmy do końca kon­certu, wyszli­śmy jakieś 4 kawałki przed zakoń­cze­niem, bo już nas tele­pało z zimna. Jak już moja kurtka prze­ciw­desz­czowa z Cam­pusa o naprawdę wyso­kiej nie­prze­ma­kal­no­ści prze­mo­kła, to wyobra­żam sobie co musieli czuć ludzie, któ­rzy na ten kon­cert wybrali się w total­nie lek­kiej odzieży i kla­pecz­kach. Z butów nam się wyle­wało, a w dro­dze powrot­nej roze­bra­li­śmy się do gaci i pró­bo­wa­li­śmy wyschnąć. Buty Mariu­sza 3 dni suszyły się na bal­ko­nie. Ale było warto tak zmoknąć :)

Nie­dawno byli­śmy u leka­rza. Zba­dał, powie­dział, ze wszystko ok i umó­wi­li­śmy się na 11 lipca na usg. Będzie już wia­domo, czy syn czy córa. Wszy­scy pro­ro­kują, że będzie facet. Zobaczymy :)

Wczo­raj zda­łam na 5 ostatni egza­min. Został mi tylko jesz­cze jeden zjazd, w naj­bliż­szą nie­dzielę i wresz­cie waka­cje.
Mariusz twier­dzi, że jestem gestapo. Bo mu cukierki wymie­rzam, które może zja­dać. I chrom mu kupi­łam, żeby mu się tych cukier­ków jesz­cze mniej chciało jeść. Okropna sadystka ze mnie podobno ;)

Misiek w ogóle cały czas śni o nowym apa­ra­cie i obiek­ty­wie. Śni — to jest bar­dzo dosłowne okre­śle­nie. Już mu się razy śniło. Ran, że kupił apa­rat z obiek­ty­wami za 20 tys (biada!), a w ubie­głym tygo­dniu, że byli­śmy w Media­Markt i rzu­ca­łam w niego kar­tami pamięci do apa­ratu, I to nie byle jakimi, bo takimi z gabloty na klu­czyk. A potem biedny musiał za to wszystko pła­cić, hihihi ;) Ale na razie nie da rady kupić nowej zabawki. W sobotę kupi­li­śmy nową kartę gra­ficzna, jakąś super wypas (cokol­wiek by to miało zna­czyć w przy­padku karty), więc apa­rat musi pocze­kać :) Może tro­chę stanieje.

Jedziemy nad morze w sierp­niu, na tygo­dniowe waka­cje. Do Mielna. Straszne pro­blemy są już z rezer­wa­cją miejsc. Ale za któ­rymś razem w końcu się udało zna­leźć coś wol­nego w inte­re­su­ją­cym nas terminie.

Mam nadzieję, że na razie Wam wystar­czy czy­ta­nia moich wypo­cin. Do następ­nego razu, zatem!