Nasza służba zdrowia…

To, co działo się w piątek było dopiero wstępem to dalszych wydarzeń. Niekoniecznie ciekawych i miłych… Po zastrzyku zaaplikowanym przez położną w Medi-Concepcie ból brzucha trochę przeszedł, ale nie do końca. Nad ranem uderzył ze zdwojoną siłą. Trochę udało nam się zasnąć, ale rano byłam już u kresu wytrzymałości. Po namowach Mariusza zadzwoniłam do położnej. Zaleciła wziąć podwójną dawkę tabsów, które przepisał Mydłoś, a jak nie przejdzie za 2 godziny to się z nim skontaktować. No i tak też się stało, bo ani te tablety nie pomogły, ani dodatkowa No-Spa. Żeby było zabawniej, Mydłowski nie odbierał. Nagrałam mu się na pocztę, ale nie oddzwonił. Cóż…pewnie wyjechał na weekend…No i co było robić…Wsiedliśmy do autka i zaczęliśmy szukać pogotowia. Po dwóch nieudanych próbach (pierwsza to dyspozytornia karetek, a druga to ambulatorium chirurgiczne, a nie pogotowie) wreszcie trafiliśmy na izbę przyjęć szpitala na ul.Traugutta. I tu zaczęła się komedia na żywo. Nie było żadnej kolejki, no ale pani powiedziała, że mamy czekać. Po kilku minutach (po tym, jak na korytarzu tłumaczyłam pani pielęgniarce co mi jest i skąd jestem – bo zgłosić się do szpitala w dolnośląskim będąc „obywatelką” Wielkopolski to nie jest takie trywialne) pielęgniarka zawołała mnie do siebie, kazała pójść za parawan i tam poczekać na kozetce. Obok, za tym samym parawanem, rzecz jasna, (NFZ nie dostał dofinansowania chyba) leżała nieprzytomna babcia odziana w sinofioletowe ciało. Poczułam się jak w kostnicy, bo dopiero po chwili udało mi się zaobserwować, że babcia jednak oddycha. Spędziłyśmy więc w swoim towarzystwie kilka minut (niestety bez bliższej znajomości) i wreszcie przyszła pani – podobno – doktor. Kazała położyć się na kozetce i pokazać brzuch. Powiedziałam co i jak i pani zabrała się za oglądanie brzucha…I jakie rozczarowanie zagościło na twarzy pani-podobno-doktor, gdy ujrzała bliznę po wyrostku. „Oooo…To pani już jest po operacji wyrostka…” Aż mi się jej żal zrobiło. Tak chciała trafić z diagnozą. A tu zonk. Podusiła więc brzuch, postukała plecy, rzekła: „Ten brzuch nie nadaje się na operację” i wpadła na pomysł, że to może coś z pęcherzem. Już miała zaproponować siusianie w słoiczek i analizę, ale na szczęście miałam przy sobie wyniki badania moczu z dnia poprzedniego. (Uratowałam więc kilka mililitrów mocznika przed kolejnymi pazernymi ślepskami pani laborantki.) Okazało się, oczywiście, że wynik mam dobry, więc to też nie pęcherz. W związku z tym pani-podobno-doktor stwierdziła, że jedyną konieczną rzeczą jest teraz 250ml roztworu soli fizjologicznej w kroplówce, zawołała pielęgniarkę i wyszła. Pielęgniarką zabrała mnie jakimś tajnym przejściem do sali kroplówkowej (bo oprócz mnie 4 osoby też miały tam sól podłączoną) i zabrała się do inwazji w mój organizm. Nie myślcie, że bolało. No co Wy. Nawet nie zauważyłam jak się wbiła, bo cały czas trwałam w zadziwieniu. Z jakiego powodu? A z takiego, że ostrego dyżuru w szpitalu nie stać na pasek do przewiązania ręki przed wkłuciem igły. Pani użyła do tego wysoce wyspecjalizowanej gumowej rękawiczki (rozmiaru niestety nie byłam w stanie ustalić). Nie warto też wspominać o tym, że pokapała mi krwią (na szczęście moją) połowę ręki i sweter oraz poręcz fotela. W końcu zostawiła mnie samą twarzą w twarz z kroplówką. A tam, gdzieś na odległym korytarzu, znerwicowany Mariusz siedział i nie wiedział co jest grane. Mnie tym czasem zaczął dopadać głód. A ostatnio tak mi się robi, że jak nie nakarmię regularnie Pacholęcia, to mnie mdlić potwornie zaczyna no i wymiotuję. Po nieudanej próbie poproszenia pani pielęgniarki, by zawołała Mariusza wysłałam mu rozpaczliwego smsa z prośbą o żarło… Znalazł mnie po kilku minutach i przyniósł wafelka. Posiedział do końca kroplówki i w końcu piguła odczepiła mnie od rurki i kazała iść po wypis. Poszłam. Pani-podobno-doktor posadziła mnie przy duuużym biurku na izbie i kazała czekać. Sama poszła sobie, nie wiadomo gdzie. Obok, przy biurku usiadł doktor-cham. Doktor cham należał do ludzi pokroju cwaniaka,, który uważa, że pacjenci są oczywiście zdrowi i tylko mu dupę zawracają. I tak też się do ludzi odnosił. Po dobrych 10 minutach zauważył moją obecność i spytał dlaczego tu siedzę. Powiedziałam, że czekam na wypis. No to wywalił mnie na korytarz. Po kolejnych minutach oczekiwań przyszła pani-podobno-doktor, wręczyła wypis i poszła. Mieliśmy tak dość z Mariuszem, że nawet nam się już na tych wszystkich konowałów denerwować nie chciało. Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że na ostrym dyżurze to mi chociaż usg jamy brzusznej zrobią…No ale nie bądźmy zbyt wymagający. Ci ludzie są tak zajęci omijaniem wzroku pacjentów oraz łażeniem bez celu z kąta w kąt, że usg brzucha mogłoby przypadkiem zepsuć cały ten misterny układ ich dnia.
Grunt, ze w końcu przestało boleć i póki co czujemy się dobrze. Bierzemy tabletki, odpoczywamy, Mariusz się nami opiekuje (nawet zupkę dziś zrobił mi na obiadek!) i mam nadzieję, że to był tylko jeden taki wypadek.
Zmęczyłam Was dzisiaj tym przydługim tekstem. Wybaczcie, ale musiałam to opisać.
Tu macie też linka z najnowszą fotką Pacholęcia. Wiem, że pewnie to dla Was zwykła plama, ale jak się przypatrzycie, to na dole jest główka, nad główką, taka mała kropko-kulka to rączka, potem brzuszek i tyłek (przy tym górnym krzyżyku) i w lewo od tyłka taki delikatny cień to nóżka. W ogóle świetnie widać na usg jakie Maleństwo jest ruchliwe. Na podglądzie machało łapkami i nóżkami tak mocno i szybko, że można było pomyśleć, że uczy się pływać ;) No i ma już ponad 3 cm. Kawał byka :)
Nowa fotka

Zmiana planów

Dzisiaj najedliśmy się strachu…Po południu rozbolał mnie brzuch bardzo mocno. Wylądowaliśmy u naszego lekarza, trochę trzeba było poczekać, ale w końcu przyjął nas bez umówionej wizyty. Obejrzał, obadał i powiedział, że nie wie od czego tak boli. Z Pacholęciem wszystko ok, bo zrobił usg. Ma już 10 tygodni i mierzy 32mm. I w dodatku widać już maleńką główkę, tułów i maleńkie rączki i nóżki. A żeby było ciekawiej to na usg było cudnie widać jak rusza wszystkimi swymi małymi kończynami. Śliczne to było.
Nie zmienia to jednak faktu, że brzuch nadal bolał i jeszcze trochę boli. Lekarz przepisał tablety, dał zwolnienie na 2 tygodnie i kazał odpoczywać. No i zastrzyk dała mi położna w tyłek, rozkurczowy jakiś. Trochę pomaga, ale do końca jeszcze ból nie przeszedł. No ale najważniejsze, że z Maleństwem nic się nie dziej złego, bo tym martwiliśmy się najbardziej. Mariuszowi też, biedakowi, do tej pory nerwy puszczają, tak się zestresował nami.
Tyle tylko, że ze Szczawnicy nici. Leżeć mam trochę i nie męczyć się. Poza tym strach by było tak daleko jechać, tu przynajmniej lekarz jest pod ręką. Tak więc weekend spędzimy raczej po wrocławsku. A w sobotę za tydzień podjedziemy do Głuchowa, jak nic się nie będzie złego działo.
No i jeszcze kolokwium mi przepadnie w niedzielę, ale nic na to nie poradzę. Mam tylko nadzieję, że kobita zrozumie i wyznaczy mi jakiś następny termin.
A do lekarza za 2 tygodnie mamy pójść, do kontroli. 14 maja, dzień przed imieninkami. Muszą być więc dobre wiadomości.
Gadałam też z Miśką przez telefon dzisiaj. Pożyczą nam łóżeczko i fotelik do samochodu dla Maleństwa. Super, bo zawsze trochę zaoszczędzilibyśmy. Dzięki! :)
We wtorek byliśmy u znajomej Mariusza z pracy i jej męża – u Ani i Arka. Mają ślicznego synka, Marcinka, w czerwcu skończy dwa latka. Byliśmy nim zachwyceni, a Mariusz po wnikliwej obserwacji Małego powiedział mi wieczorem w domu: „Wiesz, ja już nie będę ściemniał, że jest mi wszystko jedno. Ja chcę syna”. No i weź mu tu teraz wykombinuj „ynusia” jak ja cichcem liczę, że będzie dziewczynka z warkoczykami i w ładnych sukienusiach. Ech…Nie jest lekko ;) Mariusz się śmieje, że będzie albo syn albo mała różowa bestia. Pewnie jakaś racja w tym jest. Jak się wda w tatusia to na pewno z niej bestia wyrośnie. ;)
A wracając do wizyty u Ani i Arka, to bardzo się dobrze bawiliśmy. Świetni, sympatyczni ludzie, bardzo weseli. Potrzebne nam było to spotkanie. :)
No i tyle na dziś. Zaraz kładę się spać. Jestem wykończona tym stresem dzisiejszym. Buziaki dla wszystkich czytających.

Ślęża

A wczoraj mieliśmy spontaniczny wypad na Ślężę. Co prawda nie dotarliśmy na samą górę, a tylko do wieży widokowej poniżej, ale spacerek mieliśmy porządny. Bardzo ładnie tam. Jedźcie przy okazji. Na przykład takiej, kiedy przyjedziecie nas odwiedzić. W ogóle to na Ślężę wchodzi się z Sobótki – przeeeeśliczne miasteczko. Cudnie byłoby tam mieszkać.
Pod wieżą widokową spotkaliśmy jakichś wycieczkowiczów z (chyba) fretką na smyczy. Zwierzak prześmieszny. Ciągnęli ją na samą górę, a ona chyba nie za bardzo chciała iść, skutkiem czego ciągnęli ją na siłę.W zamian za to fretka wzbijała tuman kurzu za sobą niczym tajfun. Śmieszne stworzonko. :)
Zabieramy się też za ukwiecanie balkonu. W sobotę i niedzielę szukaliśmy różnych donic, korytek, uchwytów i innych dupereli niezbędnych do tego w całej serii sklepów ogrodniczych. Dzisiaj jedziemy kończyć zakupy. Bo to nie jest takie trywialne. A chciałabym, aby balkon wyglądał kolorowo i ślicznie. Muszę tylko pilnować, żeby Mariusz go potem podlewał. Mam nadzieję, że to z nim wynegocjuję :)
Zabieram się do nauki. W niedzielę mam kolokwium z psychologii. Ech…

Reaktywacja

Ale ze mnie analfabeta wtórny się zrobił ostatnio. Ostatni wpis sprzed dwóch tygodni. A Mariusz marudzi i marudzi, żebym uzupełniła. No to uzupełniam :) Niech będzie :)

No to chyba po kolei, co? Święta…było i minęło ;) W Wielką Sobotę pojechaliśmy do Gniezna a w niedzielę wieczorkiem dotarliśmy do Głuchowa. Trochę pojeździliśmy przez te 3 dni. Z Tatą Mariusza byliśmy w Wielkanoc na spacerku w Lednogórze, pod Rybą o.Góry. Dużo rzeczy tam się teraz buduje. Wiele się pozmieniało od czasu kiedy byłam tam po raz ostatni, czyli jakieś 7 lat temu. Szkoda tylko, że wiało okropnie, bo pewnie dłużej byśmy pospacerowali. A w poniedziałek byliśmy z Gołębiami i Agą w stadninie koni
w Jaszkowie, co wiązało się z ogromnym poświęceniem ze strony mojego Miśka, któremu każdy koń śmierdzi, a mimo to wszedł z
nami do każdej stajni :) Brawo, Kochanie! :)

W ogóle to przejedliśmy się smakołykami okropnie. W Gnieźnie stały dwa torty wielkości koła samochodowego, nie wiem, kto je potem zjadł do końca :)

No tak, w Święta się przejadaliśmy, a w czwartek po Świętach Mariusz się przepił ;) No bo na browarka poszedł z chłopakami. I dziś rano spadło na niego oświecenie, że już wie, dlaczego go ostatnio tylna część łepetyny bolała przez trzy dni. Nie nie, Kochani, kac to by było zbyt banalne! Kac był, owszem, ale tylko w piątek. A głowa bolała, bo się chłopiec w łóżku nie zmieścił, jak wrócił w nocy i przygrzmocił w ramę :) No ale przynajmniej rama cała, bo szkoda by było, żeby się zepsuła ;)

A tak w ogóle to muszę się Wam, Kochani, pochwalić, że jakimś (nie wiem jakim) cudem zaliczyłam tę statystykę nieszczęsną. To chyba jakiś prezent od Zajączka :)

No a teraz to już czekamy na Szczawnicę. Za półtora tygodnia jedziemy przecież :) Mam nadzieję, że z samopoczuciem już będzie ok. Teraz już i tak jest znacznie lepiej niż jakieś 2 tygodnie temu, ale mdli nadal. I pewnie mdlić będzie, co się oszukiwać. Taki urok tego uroczego stanu :)

W ogóle to dziś znalazłam stronkę z prześlicznymi mebelkami dla dzieci. Cuda po prostu. Szkoda tylko, że takie drogie :(

Dobra, koniec tego dobrego, koniec na dziś. I obiecuję, że następnym razem napiszę szybciej niż za dwa tygodnie.

6 tygodni i 6 dni

Byliśmy dziś u lekarza. Z Pacholęciem wszystko w porządku, z moim zdrowiem również :) W związku z mdłościami dostałam kilka zaleceń, a jeśli idzie o wymioty (przepraszam co wrażliwszych) to na razie lekarz nie chce nic przepisywać, bo ma nadzieję, że niedługo wszystko się uspokoi. Na moje pytanie co mam robić, by jakoś zmniejszyć mdłości usłyszałam: „Nie być w ciąży”. ;) To chyba jednak wolę mieć trochę tych mdłości. :) Pan doktor zrobił nam dwa zdjęcia. Jedno całej długości malucha, a drugie jego serca. Bo Pacholęciu bije już serce! Widziałam je dziś na usg :) Zasuwa jak szalone :) W ogóle to dziecko nam rośnie jak na drożdżach. Ma już 24mm! A serce ma 9 mm. Śmialiśmy się dziś, że jak za miesiąc pójdziemy na usg to nam tak maluch urośnie, że go nie poznamy (jak na razie to mała kuleczka, więc z pewnością wdał się w tatę :) ) Zresztą, możecie obejrzeć wszyściutko na fotach, które Mariusz umieścił na stronce.

Po wizycie u lekarza poszliśmy do położnej, baaardzo sympatycznej i wesołej. Zważyła mnie, zmierzyła ciśnienie, pozwoliła utyć 1kg na 4 tygodnie i założyła kartę ciąży. I przy wyjściu nagderała żartobliwie na Mariusza, że ma następnym razem przyjść do niej ze mną, bo wiele traci siedząc na korytarzu. Bo przy kolejnej wizycie będzie można już posłuchać bicia serca maluszka :) Poza tym położna po obejrzeniu fotek dziecięcia stwierdziła, że nam młody byk na wiosnę rośnie :) Pewnie ma rację.
Wystarczy na dziś.

Oto wspomniana fota:

pacholę

Weekend majowy

Pracowity poranek dziś miałam. Udało mi się jakimś cudem zarezerwować pokój w Szczawnicy. Nie było lekko. Po pierwsze dlatego, że szczawnickie strony noclegowe nie zawierają cenników, a po drugie dlatego, że od wczoraj każde moje zapytanie mailowe wystosowane do jakiegoś górola czy mają wolne pokoje w danym terminie kończyło się odmową. No i wreszcie dzisiaj zaświtała nadzieja. A to tylko dlatego, że wstukałam w Google Krościenko, a nie Szczawnica. I wyskoczyła mi Szczawnica, hehehe. To pewnie dlatego, żeby urozmaicić. Dom się „Sokolica” nazywa. I nawet górol o 5 zł z ceny zjechał. Mariusz twierdzi, że górol wie, że w weekend majowy będzie parszywa pogoda, więc dlatego taki uprzejmy. Może to i racja…;) Etam, pogoda, czy nie, miło będzie pojechać i pooddychać jakimś świeżym górskim powietrzem.

To nie Prima Aprilis :)

Ech…Nie jest lekko być kobietą informatyka. Wczoraj wieczorem usłyszałam tekst: „Kochanie, nie możemy myśleć od drugim dziecku, dopóki procedura startowa pierwszego nie zostanie zakończona”. No i co Wy na to? Niektórzy nazywają to zapłodnieniem, u nas to…procedura startowa… ;)

Dzisiejsze samopoczucie jeszcze gorsze od wczorajszego…Taki urok. A jutro czeka mnie kolokwium ze statystyki…Mam nadzieję, że jakimś cudem zaliczę, bo nie mogę powiedzieć, żebym była super przygotowana…Ale jakoś to będzie. Trzymajcie kciuki!